Kapitalizm? Czy coś ważniejszego?

Kapitalizm? Czy coś ważniejszego?

„Kapitalizm. Nieznany ideał” Ayn Rand

(zbiór tekstów z lat 60-tych XX wieku, wyd. polskie 2013, Zysk i S-ka)

 

Ayn Rand urodziła się w 1905 roku w żydowskiej rodzinie w Sankt Petersburgu. Studiowała filozofię i historię. W 1926 roku wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Zajęła się pisaniem. W 1943 roku wydała swoją powieść „Źródło”, która stala się bestsellerem. W 1957 roku wyszła jej „sztandarowa” powieść „Atlas zbuntowany”, która według Biblioteki Kongresu USA jest drugą po Biblii najczęściej czytaną książką w USA. Powieść ta, bardzo ciekawa, pisana była po II wojnie światowej mniej więcej w tym samym czasie, co „Rok 18984” Orwell’a, i widać na niej piętno doświadczeń ludzkości z komunizmem, faszyzmem i nazizmem.

A.Rand jest reprezentantką tzw. filozofii obiektywizmu, zwolenniczką kapitalizmu leseferystycznego (pozbawionego wszelkich barier, od francuskiego „laissez faire” = nie przeszkadzać), zagorzałą przeciwniczką wszelkich form etatyzmu, w tym socjalizmu i faszyzmu. Jest niesamowicie wnikliwą i inteligentną obserwatorką. Jej teksty trzeba czytać dość uważnie, bo przemyca w nich bardzo inteligentnie swoją leseferystyczną ideologię, niezależnie od tego, że wiele jej ocen, analiz i komentarzy to celne opisy rzeczywistości i cenne spostrzeżenia.

Głównym moim zarzutem wobec jej twórczości jest to, że nie traktuje równą miarą wszystkich ludzi, lecz w pewien sposób faworyzuje grupę społeczną, którą określić można jako przedsiębiorcy-fabrykanci-pracodawcy, nie rozszerzając swoich postulatów w kwestii praw jednostki na pracowników i samozatrudnionych. W okresie tuż przed i tuż po II wojnie światowej widoczne już były drapieżne zachowania globalnych lub przynajmniej „kontynentalnych” korporacji (wielkich firm), więc ich pomijanie w swoich pracach to albo przejaw ślepoty i infantylizmu, w co nie bardzo wierzę w przypadku tak inteligentnej autorki, albo efekt ideologicznego zaślepienia i element misji ideologiczno-politycznej.

Tak czy inaczej, czy traktując ją jako przeciwnika ideologicznego, którego dobrze jest poznać i zrozumieć, czy jako utopistkę, która nie miała wtedy (w latach 50-tych XX wieku) takich doświadczeń i wiedzy jak my teraz, polecam przeczytanie „Atlasa zbuntowanego” (koniecznie najpierw przeczytać, a nie oglądać film, bo film jest słaby i pomija wiele wątków). Poniżej wybrałem kilkadziesiąt cytatów – takich, z którymi się zgadzam, a które pokazują pewną konsekwentną filozofię Ayn Rand i są niezwykle aktualne także dziś, po pół wieku.

Oczywiście, nie ze wszystkimi treściami książek A.Rand się zgadzam, wiele fragmentów „Kapitalizmu” budzi mój sprzeciw, uśmiech politowania lub dystans. Niektóre jej oceny są przesadzone, niektóre nieaktualne, ale większość, w tym te zawarte poniżej, to autentyczne wyzwanie dla nas i dzisiaj.

Aleksander Kisil

 

Cytaty z książki Ayn Rand „Kapitalizm. Nieznany ideał” – wybór A. Kisil

 

Wolność to fundamentalny wymóg ludzkiego umysłu. (…) umysł inni mogą zdusić, uciszyć, obłożyć zakazami, uwięzić czy nawet unicestwić, nie mogą go jednak zmusić, lufa nie jest żadnym argumentem. (str. 23)

Prawo do życia jest źródłem wszystkich innych praw, włącznie z prawem własności. (…) człowiek pracuje i produkuje, aby zachować życie. Utrzymać się przy życiu może tylko własnym wysiłkiem i pod kierunkiem własnego umysłu. (24)

Czy można pozwolić rządowi na to, by nie pytając rodziców o zgodę usuwać dzieci z domu i poddawać je edukacyjnym tresurom i procedurom, których rodzice wcale nie muszą aprobować? (141)

Nie ma żadnych moralnych racji wspierających tezę, że edukacja jest prerogatywą państwa… (142)

…trzeba walczyć z dominującym poglądem, że edukacja jest swego rodzaju naturalnym prawem, czyli swego rodzaju darmowym darem natury. Nie ma takich darów, leży jednak w interesie etatyzmu, aby hołubić te iluzję, gdyż to pozwala w powstałym zamęcie ukryć kwestię, czyją wolność trzeba złożyć w ofierze, aby opłacić takie „darmowe dary”. (145)

…jeśli istnieje jakakolwiek możliwość ingerencji państwowej, to konkurent mniej zdolny postara się ją uruchomić, aby pokonać lepszego od siebie współzawodnika, czego w żaden inny sposób nie mógłby dokonać. I tylko taki typ przedsiębiorców rozgląda się za rządową pomocą. (173)

Jak długo państwo ma władzę kontroli nad gospodarką, tak długo będzie kreować „elitę”, „arystokrację ustosunkowania”, będzie przyciągało do legislatury skorumpowanych polityków, działając na rzecz nieuczciwych biznesmenów, a karząc i ostatecznie niszcząc wszystkich uczciwych i uzdolnionych. (173)

Jeśli nie ma politycznych zasad, cały problem rządzenia sprowadza się do zdobycia władzy i utrzymywania jej przy użyciu nagiej siły. (220)

Większość bez przyświecających jej zasad to bezradna tłuszcza, którą może zawładnąć każdy. (220)

Wolność polityczna wymaga znacznie więcej niż tylko woli ludu. Wymaga znajomości niezwykle skomplikowanej teorii politycznej, a także jeszcze bardziej skomplikowanej wiedzy, jak ją przełożyć na język praktyki. (221)

Tymczasem półdzikich ignorantów karmimy złudzeniami, powiadając, że nie trzeba mieć żadnej politycznej wiedzy, że nasz ustrój jest efektem subiektywnych preferencji i że może liczyć na nasze poparcie i pomoc każda prehistoryczna forma plemiennej tyranii, każdy gang, każda mordercza banda, byle tylko legitymizowała się „wolą większości”. (221)

Żadna, nawet najbardziej uzasadniona rewolucja, żaden, nawet najbardziej powszechny ruch, nigdy się nie powiodły, jeśli nie kierowała nimi polityczna filozofia, która wskazuje kierunek i cele. (222)

Skala ludzkiej pomyślności, osiągnięć i postępu pozostaje w ścisłym i pozytywnym związku ze stopniem politycznej wolności. (226)

Tylko poprzez odwołanie się do zasad może ktoś stawiać przed sobą dalekosiężne cele czy oceniać alternatywne rozwiązania konkretnej treści. To tylko zasady umożliwiają człowiekowi planowanie przyszłości i realizację tych planów. (231)

…od wielu już dziesięcioleci ludzie opuszczają uniwersytety jako beznadziejne epistemologiczne dzikusy [epistemologia - inaczej nauka o poznaniu - to dział filozofii, zajmujący się poznawaniem i jego relacją do rzeczywistości; bada naturę pojęć takich jak: prawda, przekonanie, spostrzeganie, wiedza – przyp. A.K.], niemające najmniejszego wyobrażenia o naturze, funkcjach i praktycznych zastosowaniach zasad. (233)

1. W każdym konflikcie między ludźmi (czy grupami), którzy (które) trzymają się tych samych podstawowych zasad, wygrywa strona bardziej konsekwentna.
2. W przypadku współpracy między ludźmi (grupami), którzy trzymają się odmiennych podstawowych zasad, wygrywa strona bardziej zła czy irracjonalna.
3. Kiedy przeciwstawne podstawowe zasady zostaną jasno sformułowane, jest to korzystne dla strony racjonalnej; kiedy nie są jasno sformułowane, lecz ukryte czy formułowane wykrętnie, jest to korzystne dla strony irracjonalnej. (233)

Aby racjonalna strona dowolnej kontrowersji mogła zwyciężyć, jej cele muszą być zrozumiałe; nie ma ona nic do ukrycia, gdyż rzeczywistość jest jej sprzymierzeńcem. Natomiast strona irracjonalna musi oszukiwać, mamić, kręcić, ukrywać swoje cele. Mgła, trzęsawisko, ślepota nie są narzędziami rozumu, lecz irracjonalności.
Do zniszczenia nie potrzeba żadnej myśli, wiedzy, wytrwałości; aby tworzyć, nieodzowne są: konsekwentny namysł, ogromna wiedza,, nieugięta wytrwałość. Każdy błąd, każde przeoczenie, każda sprzeczność sprzyjają destrukcji; tylko rozum i logika potrafią konstruować. Negatywność domaga się nieobecności (ignorancji, impotencji, irracjonalności), pozytywność domaga się obecności, istnienia (wiedzy, skuteczności, myśli).
Szerzenie się zła jest symptomem próżni; ilekroć ono zwycięża, dzieje się tak wskutek moralnej porażki tych, którzy nie chcą uznać faktu, że nie może być kompromisu co do podstawowych zasad. „Jeśli ktoś szuka kompromisu między jadłem i trucizną, zwyciężyć może tylko śmierć. Jeśli ktoś szuka kompromisu między dobrem i złem, tylko zło może na tym zyskać” (Atlas zbuntowany). (239)

Tylko jedna potęga określa bieg historii, podobnie jak określa bieg jednostkowego życia: potęga idei. Jeśli znacie czyjeś przekonania, możecie przewidzieć zachowania tej osoby, jednak same przekonania i filozofia są kwestią ludzkiego wyboru. (266)

[Polityka] jest tak groteskowo irracjonalna, że niektórym wydaje się, iż musi się kryć za tym jakiś sensowny zamysł. Tymczasem sam rozmiar irracjonalności poczynań działa jako ich osłona: podobnie jak przy technice „wielkiego łgarstwa, ludzie zaczynają podejrzewać, że tak jawne zło nie może być aż tak wielkie, jak się wydaje, i że dlatego ktoś z pewnością zna jego ukryte znaczenie, nawet jeśli dla nich jest ono powszechnie niedostępne. (269)

Zamiast pytać: „Wolność czy dyktatura?”. Pytamy: „Która dyktatura?”, uznajemy więc, że dyktatura jest stanem nieuniknionym, natomiast można wybierać między władcami: dyktatura bogaczy (faszyzm) czy nędzarzy (komunizm. (…) faszyzm i komunizm nie są dwoma radykalnymi przeciwnikami, lecz dwoma gangami rywalizującymi o ten sam teren; że oba są wariantami etatyzmu i u podstaw obu leży kolektywistyczna zasada, iż człowiek jest wyzbyty praw sługą państwa; że oba w teorii, praktyce i oficjalnych stwierdzeniach swych przywódców są socjalistyczne; że w obu biedni są zniewoleni, a bogaci wywłaszczeni na rzecz rządzącej kliki; że faszyzm nie jest wytworem politycznej „prawicy”, lecz „lewicy”; że podstawowym w nich konfliktem nie jest „bogactwo przeciw nędzy”, ale człowiek przeciw państwu, czyli prawa jednostki przeciw totalitarnemu rządowi… (291)

Jeśli to prawda, że dyktatura jest nieuchronna, a faszyzm i komunizm są dwoma „ekstremami” (…), to jakie miejsce jest najbezpieczniejsze? Pośrodku drogi. W bezpiecznie niedookreślonym, niejasnym, „umiarkowanym” środku z mieszana gospodarką. Mieć tam będziemy „umiarkowaną” ilość rządowych przywilejów dla bogatych oraz „umiarkowaną” ilość rządowego kieszonkowego dla biedaków; „umiarkowane” poszanowanie prawa i „umiarkowaną” dozę nagiej siły; „umiarkowaną” porcje sprawiedliwości i „umiarkowaną” porcje niesprawiedliwości; „umiarkowaną” ilość bezpieczeństwa i „umiarkowaną” ilość grozy. I także umiarkowany stopień tolerancji dla wszystkich z wyjątkiem „ekstremistów”, którzy domagają się zasad, koherencji, obiektywności oraz moralności i w tych kwestiach nie zgadzają się na kompromisy. (292)

Jest oczywiste, że stanowisko bezkompromisowe (w jakiejkolwiek kwestii) jest właśnie ta postawą, która „antypojęcia” [wyjaśnienie ze str. 285: taka sama umysłowość stoi za tworzeniem konceptów takich jak „antybohater”, aby zniszczyć „bohatera”, „antypowieść”, aby zniszczyć powieść, i „antypojęcie”, aby zniszczyć pojęciowość. Celem kreacji „antypojęć” jest usunięcie z publicznej rozmowy pewnych kategorii…] chcą potępić. Równie oczywiste jest to, że kompromisu niepodobna pogodzić z moralnością. W sferze moralności kompromis oznacza podporządkowanie się złu. Nie może być kompromisu w kwestii podstawowych zasad. Nie może być kompromisu w kwestiach moralnych. Nie może być kompromisu co do wiedzy, prawdy czy racjonalnych przekonań.
Kiedy oczernia się bezkompromisowość jako „ekstremizm”, w istocie oczernia się wszelkie związanie się z wartościami, wierność zasadom, wszelkie głębokie przekonania, wszelką konsekwencję, niezłomność, pasję, wszelkie oddanie niewzruszonej prawdzie. Oczernia się wszelką ludzką integralność. (293-4)

Umysłowo sparaliżowani, porażenia strachem neurotycy, których ukształtowała dezintegracja współczesnej filozofii – z jej kultem niepewności, epistemologicznego irracjonalizmu, etycznego subiektywizmu – opuszczają college’e złamani przez ustawiczna trwogę, próbują więc uciekać od absolutyzmu rzeczywistości, z którą nie są w stanie się zmierzyć. Strach każe im się garnąć do śliskich politycznych manipulatorów i pragmatystów, by razem z nimi czynili świat bezpiecznym dla miernoty, dla owego stanowiącego moralny ideał archetypu człowieka gospodarki mieszanej: potulny, giętki, umiarkowany bezkręgowiec, który niczym się nie ekscytuje, nigdy nie sprawia kłopotów, niczym nie przejmuje się nadmiernie, do wszystkiego przystosuje i za niczym nie będzie obstawał. (294)

…żadne jeszcze z „liberalistycznych” „antypojęć” nie było tak prostackie jak „konsumeryzm”. Głośno i jasno sugeruje ono, że status „konsumenta” jest nie tylko niezależny od statusu „producenta”, ale też od niego wyższy; że celem ustroju społecznego jest służenie nowej arystokracji, którą cechuje zdolność „konsumowania”, a która ma swoiste uprawnienia wobec kasty sług, cechujących się zdolnością produkowania [przyp. A.K.: Ayn Rand ma tu na myśli przedsiębiorców, fabrykantów, podczas gdy nam przychodzą do głowy wszyscy, którzy w mozole produkują, zarówno przedsiębiorcy-fabrykanci, jak i głodowo opłacani robotnicy]. (298)

…nasz ustrój nie jest już ustrojem kapitalistycznym, to ustrój gospodarki mieszanej, a więc mikstura kapitalizmu i etatyzmu, wolności i kontroli. Gospodarka mieszana to kraj w procesie rozpadu; toczy się w nim wojna domowa między grupami nacisku, które nawzajem się łupią i ograbiają, może więc tu określenie „konsumeryzm” jest na miejscu. (299)

…większości pytanych „socjalizm” nie kojarzy się z własnością państwową i nie widzą koniecznego związku między nim a komunizmem. Socjalizm to dla nich raczej ustrój promujący pomyślność zwykłych ludzi. (300)

Jak się „promuje” „zwykłych ludzi”? Na koszt niezwykłych? Promować można to, co nienależne, gdyż t, co należne, przysługuje z mocy prawa, a nie czyichkolwiek zabiegów wspierających. Czyje prawa muszą zostać ograniczone, czyj dobytek musi zostać zawłaszczony – i na czyja korzyść? Jedynym wariantem socjalizmu, który może kogokolwiek i cokolwiek promować bez państwowej własności, jest faszyzm. Sami oceńcie polityczne inklinacje tych moralnych kanibali, których ankietowano. (301)

Konfliktem, który rozgrywa się w dzisiejszym świecie, jest konflikt między jednostką a państwem, a toczy się on przez całe ludzkiej dzieje. Zmieniają się nazwiska, ale istota pozostaje ta sama, te same pozostają też rezultaty, niezależnie od tego, czy jest to starcie jednostki z feudalizmem, absolutna monarchią, komunizmem, faszyzmem, nazizmem, socjalizmem czy państwem opiekuńczym. (310)

Nie może chodzić o wybór: czy zniewolenie dla „dobrej” sprawy czy dla „złej”, czy poddać się dyktaturze „dobrego” gangu czy „złego”; chodzić może tylko o jedno: wolność czy dyktatura. Najpierw trzeba, by ludzie wybrali niewolę i dyktaturę, a potem mogą się już zacząć zwykłe gangsterskie wojny między uspołecznionymi krajami – dziś jest  to wojna między grupami nacisku – których stawką jest to, kto będzie panował, kto kogo zniewoli, czyja własność zostanie zagrabiona na rzecz kogo… [to się właśnie dzieje w Europie na przełomie XX i XXI wieku – zachodnia jej część próbuje zniewolić wschodnią, w tym  Polskę – przyp. A.K.] (311)

Czując brak moralnej podstawy, wielu „konserwatystów” szuka oparcia w religii i powiada, że fundamentem kapitalizmu i Ameryki jest wiara w Boga. Politycznie rzecz biorąc, argument taki godzi w konstytucyjne zasady USA: w Stanach Zjednoczonych religia stanowi sprawę prywatną i nie wolno jej mieszać do spraw politycznych. (317)

Kryzys współczesnego świata to kryzys moralny, a jeśli cokolwiek może mu zaradzić, to tylko rewolucja moralna… (323)

A zatem w kierunku którego z wariantów etatyzmu obecnie zmierzamy: socjalizmu czy faszyzmu? Aby odpowiedzieć na tę kwestię, najpierw trzeba spytać, jaki trend ideologiczny dominuje w dzisiejszej kulturze? Zastraszająca i przygnębiająca odpowiedź brzmi: w ogóle dziś nie ma trendów ideologicznych. Nie ma już ideologii. Nie ma politycznych zasad, teorii, ideałów, nie ma filozofii. Nie ma drogowskazów, celów, kompasów, nie ma wizji przyszłości, nie ma intelektualnego przywództwa. A czy może w dzisiejszej kulturze dominuje jakiś element emocjonalny? Tak: trwoga. (327)

Jak neurotyk wierzy, iż rzeczywiste fakty znikną, jeśli nie będzie przyjmował ich do wiadomości, tak dzisiaj neuroza całej kultury każe ludziom wierzyć, że ich rozpaczliwa potrzeba politycznych zasad i pojęć zniknie, jeśli uda im się zapomnieć wszystkie w ogóle zasady i pojęcia. Ponieważ jednak faktycznie żadna jednostka ani żaden naród nie mogą istnieć bez jakiejś ideologii, więc obecnie jawną i dominująca ideologią bankrutującej kultury jest swego rodzaju antyideologia. Owa antyideologia ma nową i bardzo nieładną nazwę: rządzenia mocą konsensusu. [dziś, pół wieku po słowach Ayn Rand, ów konsensus nazywa się poprawnością „polityczną” – przyp. A.K.] (327-8)

Wicker pisze: „(…) Polityczne umiarkowanie jest samym sednem konsensu. Konsens obejmuje wszystkie akceptowalne poglądy polityczne, wszystkie idee, które nie są oburzające dla żadnej z dużych grup narodu ani żadnej z nich bezpośrednio nie zagrażają. Akceptowalne idee to takie, które muszą uwzględniać poglądy innych – i to właśnie nazywa się umiarkowaniem.” (…) Akceptowalne – dla kogo? Dla konsensu. A ponieważ rządzić się ma właśnie na podstawie konsensu, znaczy to, że idee polityczne dzielą się na te, które są „akceptowalne” dla rządu, i na te, które „akceptowalne” nie są. A co będzie kryterium „akceptowalności”? Pan Wicker wskazuje to kryterium. Zauważmy, że nie ma ono charakteru intelektualnego, nie chodzi o to, czy dane poglądy są słuszne, czy nie, kryterium jest czysto emocjonalne: czy owe poglądy są, czy też nie są „oburzające”. Dla kogo? Dla „dużych grup narodu”. Mamy jeszcze dodatkowe zastrzeżenie, że nie mogą „bezpośrednio zagrażać” owym grupom. A co z „mniejszymi” grupami? Czy poglądy im zagrażające są „akceptowalne”? A co z grupą najmniejszą z możliwych: z jednostką? Najwidoczniej jednostki i grupy mniejszościowe się nie liczą; obojętne, jak oburzająca może być idea dla pojedynczego człowieka, obojętne, jak może ona zagrażać jego życiu, pracy, przyszłości, zostanie on zignorowany i poświęcony na rzecz wszechwładnego konsensu i kierującego się nim rządu. Chyba, że ma za sobą gang odpowiedniej wielkości. (329-30)

Nie ma punktu stycznego przeciwstawnych zasad, niemożliwe jest ich zapośredniczenie, kompromis między nimi. W sferze rozumu i moralności nie ma czegoś takiego jak „umiarkowanie”. Ale właśnie rozum i moralność są eliminowane przez pojęcie „rządzenia mocą konsensu”. Jego rzecznicy powiedzą tutaj, że każda idea, która nie dopuszcza kompromisu, stanowi „ekstremizm” (…) I tutaj odsłania się przed nami sedno, istota, naczelny motyw i rzeczywiste znaczenie doktryny konsensu: kult kompromisu. Kompromis jest podstawową przesłanką, koniecznością imperatywem gospodarki mieszanej. Doktryna „konsensu” to próba przetłumaczenia nagich faktów gospodarki mieszanej na system ideologiczny – antyideologiczny – który miałby dostarczyć im pozorów zasadności. [Kompromis to wynik frymarczenia, handlowania „coś za coś”, to nie rozwiązanie sprawy, nie współpraca na rzecz optymalnego rozwiązania, lecz połowiczny półśrodek, niezadawalający żadnej ze stron – przyp. A.K.] (331-32)

Gospodarka mieszana jest miksturą wolności i kontroli, pozbawioną jakichkolwiek zasad, reguł czy teorii, które by ja usprawiedliwiały. Ponieważ jeden akt kontroli natychmiast domaga się następnych, jest to mieszanka niestabilna, wybuchowa, co powoduje, że kontrola musi się ostatecznie przekształcić w dyktaturę. Gospodarka mieszana nie ma żadnych zasad, które definiowałyby jej politykę, cele, prawa, żadnych zasad, które ograniczałyby wszechwładzę rządu. Chociaż nie, istnieje „zasada” – tej jednak, rzecz jasna, nie można wypowiedzieć ani się do niej przyznać – a mianowicie, że niczyje interesy nie są bezpieczne, wszystkie stanowią przedmiot publicznej aukcji, na której każdy może zagarnąć dowolny obiekt, jeśli tylko państwo [tj. oligarchia państwowa – przyp. A.K.] mu na to pozwoli. Taki ustrój – czy, gwoli większej precyzji, antyustrój – dzieli kraj na coraz liczniejsze wrogie obozy, na ekonomiczne grupy, które aby przetrwać, zwalczają się w jakiejś chaotycznej plątaninie defensyw i ofensyw, gdyż nic innego nie jest możliwe w takiej dżungli. O ile politycznie gospodarka mieszana zachowuje pozór zorganizowanego, rządzonego prawem społeczeństwa, to ekonomicznie stanowi ekwiwalent chaosu (…) złodziejskich gangów łupiących twórcze elementy w państwie. W gospodarce mieszanej rządzą grupy nacisku. Jest to niemoralna, zinstytucjonalizowana wojna domowa konfliktowych interesów i lobbystów, którzy walczą ze sobą, aby na chwilę zawładnąć maszynerią legislacyjną i przy jej użyciu, a wykorzystaniu rządu (siły), wymusić dla siebie przywileje kosztem innych. (332-3)

Podstawowe dla siebie zagrożenie gospodarka mieszana upatruje w wartości, cnocie, idei, która jest wroga wszelkiemu kompromisowi. Zagrożenie takie stanowi każda bezkompromisowa osoba, grupa czy ruch; wrogiem gospodarki mieszanej jest integralność charakteru. (333-4)

Czyż nie jest łatwo zgadnąć, kto w takiej grze zawsze będzie wygrywał, a kto zawsze będzie tracił? Równie łatwo też zgadnąć, jakiej jedności (jakiego konsensu) taka gra wymaga: milczącej zgody na to, że wszystko uchodzi, że wszystko jest na sprzedaż (jest przedmiotem „negocjacji”), każdorazowy zaś wynik zależy od powszechnych nacisków, lobbowania, manipulacji, faworyzowania, pozorowania, zmieniania sojuszów, zdrady, przekupstwa, w sumie więc: ślepego przypadku w wojnie, której przedmiotem jest przywilej użycia w świetle prawa zbrojnej armii przeciw ofiarom w świetle prawa bezbronnym. (334)

Jakaż wściekłość, jakaż histeryczna nienawiść nawiedza „umiarkowanych”, gdy przeciw nim staje jakiś rzecznik wolności… (334)

Gdzie i przez kogo etatyzm został uznany za podstawową zasadę życia amerykańskiego, i to zasadę, co do której niemożliwa jest żadna niezgoda ani debata, gdyż „podstawowe kwestie” są poza dyskusją? Czy nie jest to aby formuła ustroju jednopartyjnego? (335)

Od prezydenta kraju o gospodarce mieszanej nie oczekuje się, że będzie miał jakiś konkretny program polityczny, on bowiem oczekuje od swoich wyborców jedynie czeku na władzę. Potem wszystko już zależy jedynie od grup nacisku, o czym głośno się nie wspomina… (337)

W ustroju prywatnej przedsiębiorczości państwo odgrywa role policjanta, który chroni prawa jednostek ludzkich (włącznie z prawem własności) przed fizyczną przemocą; w wolnej gospodarce rząd nie kontroluje ludzkich ekonomicznych poczynań, nie reguluje ich, nie przymusza, nie wtrąca się do nich. (342)

Jeśli (…) [ludziom] wmówi się, że kapitalizm daje się pogodzić z kontrolą, z takimi interwencjami, które będą sprzyjać ich szczególnym interesom – w postaci państwowej zapomogi, płacy minimalnej, dopłat, subsydiów, ustaw anty-monopolowych czy cenzurowania (…) – pójdą za apologetami takich ingerencji w błogim przekonaniu, że ostatecznym efektem będzie „zmodyfikowany” kapitalizm. W ten oto sposób kraj, który nienawidzi faszyzmu, niezauważalnie – w efekcie ignorancji, zamętu, mataczenia, moralnego tchórzostwa oraz intelektualnej indolencji – zmierza nie ku socjalizmowi (…), lecz ku prostackiemu, brutalnemu, drapieżczemu, żądnemu władzy faszyzmowi de facto. (344)

Lobby biznesowe – podobnie jak lobby związkowe, farmerskie i lobby wszystkich innych „dużych” grup – wydaje się pewne, że uzyska należny udział we wpływach i nader sprawnie tworzy nowy typ biznesmenów, których nazywam „arystokracją nacisków”. To nie jest wzorzec socjalistyczny – to jest wzorzec faszystowski. (345)

…biznesmeni musza rząd traktować nie jako przeciwnika, lecz jako „partnera”. Samo pojęcie „partnerstwa” między grupą prywatnych osób a urzędnikami publicznymi, pomiędzy biznesem a rządem, pomiędzy produkcją a siłą jest przykładem psucia języka („antypojęciem”), typowego dla ideologii faszystowskiej, która uważa siłę [przemoc] za podstawowy żywioł i ostatecznego arbitra w relacjach międzyludzkich. „Partnerstwo” to oburzający eufemizm dla „kontroli państwowej”. (348)

Istnieją jednak ludzie, którym taka perspektywa [„partnerstwa”] może się wydać pociągająca; znajdą się między biznesmenami, jak w każdej innej grupie społecznej; to ludzie, którzy boją się konkurencji na wolnym rynku i którzy z chęcią powitają zbrojnego „partnera”, jeśli tylko pozwoli im zyskać przewagę nad sprawniejszymi współzawodnikami; ludzie, którzy chcą wzrastać nie dzięki zasługom, lecz dzięki naciskom, którzy pragną żyć nie na mocy prawa, lecz przywilejów. (349)

To twórcy bogactwa (…) niszczeni są w każdym ustroju etatystycznym – socjalistycznym, komunistycznym, faszysto-wskim – a korzystają z etatyzmu (…) [ci], którzy stanowią uprzywilejowaną „elitę” [„znajomi królika”- przyp. A.K.] (351)

Pragmatyzm (…) to filozofia, która powiada, że nie ma obiektywnej rzeczywistości czy trwałej prawdy, że nie ma absolutnych zasad, wiążących abstrakcji, nie istnieją ścisłe pojęcia, że wszystko można rozstrzygnąć metodą „na oko”, że obiektywność to kolektywny subiektywizm, że prawda jest to, co ludzie chcą mieć za prawdę, że faktycznie istnieje to, czego istnienia ludzie zapragną, jeśli tylko tak powiada konsens. (355)

Na przekór fanatycznej wierze jego wyznawców, kompromis nikogo nie satysfakcjonuje, a wszystkich rozczarowuje, prowadzi nie do ogólnego zadowolenia, lecz do ogólnej frustracji; ci, którzy chcą wszystkim zapewnić wszystko, nikomu nie zapewnią nic. (357-8)

Ideologia polityczna to zespół zasad, których celem jest ustanowienie lub reprodukcja pewnego ustroju społecznego; to program dalekosiężny, w którym zasady mają nadawać poszczególnym posunięciom spójność i dbać o zachowanie wytyczonego kierunku. To tylko dzięki zasadom ludzie mogą projektować przyszłość i wybierać swoje działania. Antyideologia usiłuje natomiast zawęzić spojrzenie człowieka do horyzontu obecnej chwili, bez troski o przeszłość i przyszłość, a przede wszystkim: bez pamięci, tak by sprzeczności nie mogły zostać ujawnione, aby odpowiedzialność za błędy i porażki można było zrzucić na ofiary.
W praktyce antyideologia używa swych zasad, aby rozbroić przeciwników, nigdy tego jednak nie mówi otwarcie, zasady zaś tak zmienia, aby pasowały do potrzeb danej chwili. Jakie zasady? Zasady gangu. W efekcie, moralnym kryterium przestają być dla ludzi własna wizja słuszności i prawda, a ich miejsce zajmuje: „mój gang na dobre i na złe, a reszta się nie liczy”. To właśnie dlatego dzisiejsze problemy i dyskusje są tak rozpaczliwie fałszywe i czcze. Większość kwestii opiera się na tak licznych błędnych przesłankach i niesie w sobie tyle sprzeczności, że zamiast zastanawiać się: „Kto ma rację?”, ludzie nieustannie stawiani są przed pytaniem: „Który gang chcesz poprzeć?”. (359-60)

Cywilizowany kraj, dysponujący wolna prasą, może pozwolić na to, by fakty mówiły same za siebie. (361)

Przymusowy pobór [do wojska] to najpoważniejsze ze wszystkich etatystycznych naruszeń praw jednostki dokonywanych w gospodarce mieszanej, gdyż w istocie sprowadza się ono do zaprzeczenia tych praw. Neguje ono podstawowe prawo człowieka, prawo do życia, a neguje na mocy podstawowej zasady etatyzmu: że życie to należy do państwa, które może się domagać od obywatela, aby je poświęcił na polu bitwy. (…) Jeśli państwu wolno nakazać człowiekowi, by ryzykował śmierć, straszliwą ranę czy okaleczenie w wojnie wypowiedzianej przez ów kraj w sprawie, która nie tylko może go kompletnie nie interesować, lecz także której może wręcz być przeciwny, jeśli jego zgoda nie jest potrzebna, aby wydać go na takie cierpienia, wtedy nic już nie znaczą żadne inne jego prawa, gdyż państwo i rząd wcale go nie chronią, bo niby co jeszcze pozostałoby do chronienia? (…) Jakich trzeba się chwycić wykrętów, żeby uzasadnić to, że istota, która nie ma prawa do życia, ma prawo do rachunku bankowego? (…) Wszystkie strony, występując w obronie przymusowego poboru, odwołują się do zasady, „iż nie ma praw bez obowiązków”. Obowiązków – wobec kogo i przez kogo nałożonych? Z ideologicznego punktu widzenia konstrukcja ta jest gorsza nawet od zła, które ma usprawiedliwiać, gdyż sugeruje ona, jakoby prawa znajdowały się w posiadaniu państwa, któremu należy się coś w zamian. Pod względem logicznym jest to bezsens, skoro bowiem jedyną rzetelną funkcją państwa jest ochrona ludzkich praw, to w zamian za tę ochronę nie może się ono domagać prawa do życia obywatela. Jedyny „obowiązek”, jaki łączy się z prawami jednostki, nakładany jest nie przez państwo, lecz przez naturę rzeczywistości (tutaj: przez prawo tożsamości), a jest nim obowiązek spójności, który w tym kontekście domaga się poszanowania praw innych, jeśli ktoś chce, by jego prawa były uznawane i chronione. (…) powszechny pobór oznacza „przymusowe poddaństwo”. (366-68)

(…) armia ochotnicza – złożona z ludzi, którzy wiedzą, o co walczą i dlaczego – okazuje się najlepsza i najbardziej efektywna, podczas gdy armia poborowa jest o wiele mniej skuteczna. Często pojawia się pytanie: „Co jednak, jeśli kraj nie znajdzie odpowiedniej liczby ochotników?”. Nawet w takiej sytuacji reszta ludności  nie ma prawa do życia młodych rodaków.  (…) niedobór ochotników pojawia się z jednej z dwu przyczyn: 1. Kraj jest tak przeżarty przez skorumpowane, autorytarne rządy, że obywatele z własnej woli już nie chcą go bronić, wtedy jednak – nawet jeśli powoła się ich do służby – nie potrwa ona [służba] długo. Wystarczy tu przypomnieć dosłowny rozpad armii carskiej Rosji podczas I wojny światowej. 2. Rząd kraju decyduje się przystąpić do wojny nie w samoobronie, lecz dla celu, którego obywatele nie podzielają lub nie rozumieją. Armia ochotnicza jest więc najlepszą obrończynią pokoju nie tylko w walce z zewnętrznym agresorem, lecz także w alce z wojowniczymi ideologiami lub planami rządu. (368-9)

(…) podczas II wojny światowej pobór wojskowy został wykorzystany jako usprawiedliwienie dla pracy przymusowej, co znaczyło, że rząd mógł każdemu nakazać wykonanie czynności, jakich tylko zapragnął. „Skoro można każdego powołać, aby umierał za ojczyznę – dowodzono – czemu nie można każdego powołać, by pracował dla ojczyzny?” (370)

Dwadzieścia – dwadzieścia pięć lat: oto kluczowy okres dla formowania się człowieka. To w tym wieku konfrontuje on z rzeczywistością swoja wizję świata, ludzi i społeczeństwa, w którym przyszło mu żyć, określa swoje wartości moralne, wybiera cele, plany na przyszłość, rozwija swe ambicje lub je przykrawa. To te lata odciskają się na całym jego późniejszym życiu. I właśnie w tym czasie rzekomo humanistyczne społeczeństwo chce skazać młodych ludzi na przerażenie: przerażenie wyrastające z tego, że niczego nie można planować i na nic nie można liczyć, że jakąkolwiek drogę wybiorą, w każdej chwili może zostać zablokowana przez nieprzewidywalną siłę, że wizję przyszłości przesłania rząd koszarowych baraków, a może tez straszliwej śmierci gdzieś daleko w dżungli. Takie ciśnienie demoluje młodą psychikę, jeśli ktoś to sobie uświadamia; efekty okazują się jednak jeszcze gorsze, gdy dzieje się to bez udziału świadomości. (…) Jeśli rodzi się poczucie, że egzystencja jest beznadziejna, że życie spoczywa w rękach jakiejś złowrogiej istoty, jeśli ktoś wzrasta w bezsilnej nienawiści do hipokryzji starszych i głębokiej nienawiści do ludzkości, jeśli usiłując wymknąć się nieludzkiemu naciskowi psychicznemu, (…) woła: „Teraz, zaraz, już!” (nie zna bowiem nic innego niż „teraz”), a strach i resztki umysłu zabija LSD [narkotyk] – nie jego obwiniajcie. Sami tego chcieliście! (371-2)

Rozwijanie siebie jako twórczej, ambitnej, niezależnej osoby nie stanowi dla USA wartości – jest nią natomiast zmiana każdego w potulne zwierzę ofiarne. Czyż zasada ta nie wydaje się moralnie wstrętna? (…) Jedyne, o co tutaj naprawdę chodzi, to złamanie ludzkiego ducha, zniszczenie umysłu osoby, jej ambicji, szacunku do siebie, pewności siebie, wręcz własnego ja przez nałożenie na lata, gdy kształtują się wszystkie te cechy, kagańca posłuszeństwa rozkazom. (374)

Nie można ludzi zniewolić politycznie, jeśli się ich wcześniej nie obezwładni ideologicznie. (379)

Doktryna konsensu doprowadziła do efektu przeciwnego niż upatrzony: zamiast wytworzyć jedność i porozumienie, zdezintegrowała i zatomizowała kraj w takim stopniu, że nie jest możliwe żadne porozumiewanie się, a co dopiero mówić o uzgodnieniu czegokolwiek. Krajowi potrzeba nie jedności, lecz intelektualnej koherencji [spójności], a tę można zyskać tylko dzięki fundamentalnym zasadom, a nie na mocy jakichkolwiek kompromisów między różnymi grupami. Prymat muszą mieć idee, a nie gangi. Określenie idei i celów nie jest zadaniem dla polityków, nie dzieje się ta też w porze elekcji [wyborów]; wybory są tylko konsekwencją takich ustaleń. Stanowi to zadanie dla intelektualistów – dziś pilne bardziej niż kiedykolwiek. (381)

(…) college’e i uniwersytety są obecnie na usługach „establishmentu finansowego, przemysłowego i militarnego”, a studenci i nauczyciele są kompletnie lekceważeni przez administrację… (396)

Z rzadkimi i w skali akademickiej nieistotnymi wyjątkami filozoficzny mainstream, który zalewa wszystkie sale uniwersyteckie, a w nich bezbronne umysły studentów, to: epistemologiczny agnostycyzm, jawny irracjonalizm, etyczny subiektywizm. Nasza epoka jest świadkiem ostatecznej katastrofy, ostatecznego kolapsu, do którego doszliśmy na drodze otwartej przez Kanta. Począwszy od chwili, gdy Kant oddzielił rozum od rzeczywistości, jego następcy nieustannie poszerzają tę przepaść. Broniąc rozumu, pragmatyzm zaproponował niesięgająca dalej niż koniec nosa wizję jako receptę na życie, efektywność jako zasadę moralną oraz kolektywny subiektywizm jako zastępcę metafizyki. Logiczny pozytywizm posunął się jeszcze dalej, gdyż nieśmiertelnej psychoepistemologii bezwzględnych prawników nadał status naukowego systemu epistemologicznego i oznajmił, że wiedza sprowadza się do lingwistycznych manipulacji. (400)

(…) po studiach trwających od czterech do ośmiu lat, studenci opuszczali uniwersytety z osadem takiej mniej więcej wiedzy: egzystencja to dżungla niepoznawalna, nie istnieją żadne mapy, człowiek żyje w niej nieprzerwanie w strachu i niepewności, sceptycyzm jest oznaką dojrzałości, cynizm – oznaką realizmu, a nade wszystko: najwyższa zdobycz intelektu to zaprzeczenie jego istnieniu. Gdy akademiccy komentatorzy dojrzeli owe praktyczne skutki ich teorii, zaczęli zgodnie podkreślać, że niepewność i sceptycyzm to cechy wartościowe społecznie, gdyż prowadzą do tolerancji wobec odmienności, do plastyczności, społecznej „łatwości przystosowania” i gotowości do kompromisu. Niektórzy posunęli się nawet do konstatacji, że pewność intelektualna jest oznaką mentalności dyktatorskiej, a chroniczna wątpliwość – brak przekonań, nieistnienie żadnych absolutów – stanowi gwarancję pokojowego, „demokratycznego” społeczeństwa. (401)

(…) w każdym ruchu (…) mamy pozbawionych skrupułów intelektualistów, dla których współczesna filozofia stała się złota, którzy delektują się argumentacja dla samej argumentacji i szachowaniem przeciwnika wytartymi od częstego użycia paradoksami. Mamy pozerów, którzy chcą uchodzić za herosów i buntują się dla samego buntu. Mamy nihilistów powodowanych głęboką nienawiścią do wszelkiego porządku i niszczących dla samego niszczenia. Mamy nieszczęśników, którzy marząc o „uczestnictwie”, przylgną do każdego tłumu gotowego ich przyjąć. Mamy też najzwyklejszych chuliganów, którzy zawsze się znajdą, gdy dzieje się coś, co pachnie awanturą. (405-6)

Młodzi ludzie szukają spójnej wizji świata, to znaczy spójnej filozofii; szukają sensu, celu, ideałów i najczęściej biorą to, na co się natkną. To w wieku lat kilkunastu czy dwudziestu kilku szuka się filozoficznych odpowiedzi na swoje pytania i ustala zasady na całe życie. Niektórzy nie wspinają się na ten szczebel, niektórzy i potem nie przestają poszukiwać, ale większość otwiera się na filozofię tylko na kilka krótkich lat. To właśnie oni pozostają już na zawsze ofiarami współczesnej filozofii. Nie są niezależnymi myślicielami ani twórczymi intelektualistami, nie są w stanie przeciwstawić się potokowi współczesnej sofisterii. Dlatego też po jednym czy drugim nierozumnym seminarium poddają się, przekonani, że myślenie to strata czasu, by w wieku dwudziestu pięciu lat być już letargicznymi cynikami lub bezużytecznymi babbittami. Inni akceptują to, co słyszą, ale akceptują na ślepo i dosłownie: to dzisiejsi aktywiści. (406)

(…) konsekwencją jest chaos subiektywnych kaprysów, które wyznaczają kryteria w logice, w komunikowaniu się, decydują o tym, co jest dowodem, kryterium, rozstrzygnięciem, a zmienia się to od seminarium do seminarium, od nauczyciela do nauczyciela. Nie chodzi mi tutaj o różnicę kontekstów czy punktów widzenia, lecz o brak podstawowych zasad epistemologicznych, który sprawia, że za każdym razem wymaga się od umysłu studenta, by działał w inny sposób. Można by to porównać do sytuacji, gdy każde zajęcia odbywają się w innym języku i na każdych tylko w tym języku można myśleć. Ostatecznym efektem jest kompletna intelektualna dezintegracja.
Dodajmy do tego wrogość do „tworzenia systemów”, a więc do integracji wiedzy, która sprawia, że na jednych zajęciach prezentuje się coś zupełnie sprzecznego z tym, co wykłada się na drugich, a wszelkie próby wiązania tych podanych do ślepego wierzenia fragmentów są natychmiast wyśmiewane, kompromitowane i odrzucane.
dodajmy do tego arbitralność, chaotyczność i przypadkowość większości programów zajęć; brak jakiejkolwiek hierarchicznej struktury wiedzy, jakiegokolwiek porządku, spójności czy racji; gąszcz zajęć poświęcanych najnowszym błahostkom i przypadkowym ankietom; wszechobecną niezrozumiałość (…); wynikającą z tego konieczność, by wkuwać na pamięć, a nie uczyć się, recytować, a nie rozumieć, zachować w umyśle napuszony bełkot na czas konieczny do zdania egzaminu. Dodajmy do tego profesorów, którzy ani myślą odpowiadać na pytania: profesorów, którzy odpowiadają, stosując uniki lub ośmieszając pytających; profesorów, którzy prowadza wykłady, ale w imię „antydogmatyzmu” nie zajmują stanowiska, nie wypowiadają żadnych własnych poglądów i zostawiają studentów w zamęcie sprzeczności, których niepodobna rozwiązać; profesorów, którzy, owszem, zajmują stanowisko i proszą studentów o wypowiadanie opinii, ale potem dysydentów karzą niższymi stopniami.
Dodajmy do tego: moralne tchórzostwo większości władz uniwersyteckich, permanentną politykę moralnej neutralności, szukanie kompromisu w każdej kwestii, unikanie konfliktu za wszelką cenę, a jednocześnie wiedzę studentów o tym, że żadna niesprawiedliwość dydaktyczna nie będzie naprawiona, że żadne protesty nie maja sensu, że nigdzie na uniwersytecie niepodobna szukać sprawiedliwości. Tak, zgoda, istnieją wyjątki – są kompetentni wychowawcy, są znakomite umysły, są racjonalne osoby pośród pracowników uniwersyteckich, ale wszyscy giną w rwącym nurcie mainstreamu irracjonalności i aż nazbyt często padają ofiarą bezradności, pesymizmu, długotrwałej frustracji. (407-8)

A jak to wpływa na umysły najlepszych studentów? Większość z nich kończy college’e, by z zaciśniętymi zębami znieść dożywotni wyrok. Nie do wleczenia są wprawdzie psychiczne rany, których się w trakcie tego nabawiają, niemniej jednak zażarcie walczą, by zachować zdolność myślenia (…) Ich postawa wobec szkoły waha się od niewiary po niechęć, od pogardy po nienawiść, a wszystko to spowija poczucie znużenia i znudzenia. (409)

Kiedy ludzie uśredniają swoje cnoty [patrz: tragiczny kult średniej zamiast konkretnych osiągnięć w naszych szkołach – przyp. A.K.], wtedy władza zła staje się absolutna; kiedy ludzie godni wyrzekają się lojalności wobec niewzruszonych zasad, na czoło wychodzą łajdacy, czego efektem jest obrzydliwy spektakl uzgadniania, dogadywania zdradzieckiego dobra, które jest w istocie pewnym siebie, bezkompromisowym złem… (411)

W makrokosmosie kraju widzimy, jak w wielkiej skali powtarza się to, co występuje na uniwersytetach; czy gospodarka mieszana z jej moralnym nihilizmem, doraźnym pragmatyzmem, ideologią bezideowości, bezwstydnym odwoływaniem się do pojęcia „rządzenia na mocy konsensu” jest czymś innym niż praktycznym efektem współczesnej filozofii? Rządy grup nacisku to dopiero preludium, to dopiero tworzenie społecznych warunków dla rządów tłumu [czyli ochlokracji – przyp. A.K.]. kiedy kraj całkowicie już zaakceptuje odrzucenie zasad moralnych, praw jednostki, obiektywności, sprawiedliwości i rozumu, a także podporządkuje się zalegalizowanemu panowaniu przemocy, nie trzeba będzie długo czekać, aż zniknie też pojęcie „zalegalizowania”. Kto miałby się jej przeciwstawić? I w imię czego? Kiedy moralność zastępowana jest prze ilość, gdy żadna jednostka nie może dopominać się o swe prawa, natomiast każdy gang może zrealizować każde swe pragnienie, kiedy od ludzi u władzy żąda się tylko i wyłącznie kompromisu, ich zaś jedynym celem jest zachowanie za wszelką cenę doraźnej „stabilności” i spokoju, zwycięża ten, kto wysunie najbardziej niesprawiedliwe, nieracjonalne żądania, gdyż istniejący ustrój sam do tego zaprasza. (…)
Im goręcej urzędnik opowiada się za polityką kompromisu, tym mniej potrafi przeciwstawić się czemukolwiek; jego „instynktowną” odpowiedzią na każde zagrożenie jest kapitulacja, a owa podstawowa zasada postępowania czyni go łatwym celem. (413-14)

Niezależnie od tego, jak bardzo zdemoralizowany i filozoficznie rozbrojony jest kraj, musi on jednak dotrzeć do pewnego psychologicznego punktu zwrotnego i dopiero wtedy może ze stanu półwolności zostać wepchnięty w karby pełnej dyktatury. (415)

Wyższość tłumu nad jednostką zasadza się jedynie na większej mocy, a więc na prostej, brutalnej sile fizycznej. (417)

Zasada większości nie stosuje się w sferze idei, o jednostkowych przekonaniach nie może przesądzać głosowanie… (422)

Praca kierownicza – organizowanie oraz integrowanie ludzkich wysiłków w celowe, zakrojone na wielką skalę i w długim horyzoncie czasowym przedsięwzięcia – jest w sferze działań tym, czym w sferze poznawczej jest ludzka zdolność pojmowania. Wykracza ona poza horyzont samoograniczającej się, zdanej na zmysłowa percepcję mentalności i dlatego stanowi pierwszy cel jej ataku. Miernota najwyraźniej ujawnia się wtedy, gdy chce jakąś pracę uczynić wyłączną domeną danej grupy, zwłaszcza gdy jest to grupa profesjonalnych kompanów. To najgorsza ze wszystkich możliwych form tyranii, gdyż zwraca się przeciw jednej tylko władzy człowieka: umysłowi i przeciw jednemu tylko wrogowi: innowatorowi. Innowator to z definicji człowiek, który rzuca wyzwanie praktykom przyjętym w jego profesji. Profesjonalny monopol zapewniony jakiejś grupie to rezygnacja z ludzkich zdolności i postępu, a ten, kto obstaje za takim monopolem, stwierdza tym samym, że choćby się waliło i paliło, za nic nie chce stracić nic z tego, czym dysponuje. (426-7)

Nie ma człowieka i nie ma narodu, który mógłby się obyć bez jakiejkolwiek filozofii. Człowiekowi wolno myśleć lub nie myśleć, a w tym drugim przypadku dostaje to, na co zasłużył. Wolna wolą narodu są jego intelektualiści, a reszta kraju bierze to, co oni jej oferują; to oni wyznaczają zasady, wartości, kierunek i cel. (432)

W każdej grupie, kulturze, społeczności czy epoce większość stanowią zawsze bierni rzecznicy status quo, ale to nie ta pasywna większość wytycza narodowi trendy. A kto to robi? Każdy, kto się o to troszczy, jeśli tylko nie zabraknie mu amunicji intelektualnej, aby odnieść zwycięstwo na polu idei, na które wstępują właśnie, którym na tym zależy. (434)

Młodzi nieustannie ponawiają pytanie, co mają robić, aby przeciwstawić się obecnemu zgubnemu trendowi; nie chcą pozostawać bezczynni, ale ich nadzieje grzęzną w ślepych zaułkach, czego doświadczają co cztery lata, gdy przychodzi czas wyborów. (436)

(…) przesadna troska o świat doczesny sprawiła, że człowiek utracił samego siebie i wyzuty jest ze swojej właściwej duchowej domeny. (440)

Człowiek, ślepy na swa prawdziwa istotę, zatraca się w „martwym świecie” społecznych instytucji, które sam stworzył, wyobcowuje się od Uniwersalnego Bytu, którego jest częścią, a społeczny postęp polega na powrocie do Całości, co dokonuje się, gdy przekracza on ograniczenia swej jednostkowej percepcji. (440)

Robotnik musi sprzedawać swoje usługi, co prowadzi do tego, że zaczyna siebie samego traktować jako „towar”, w efekcie czego alienuje się wobec produktu swojej pracy, a ta przestaje wyrażać jego zdolności, jego osobowość. Żywym robotnikiem władają „martwe” siły (kapitał, maszyny). Konsekwencją (…) jest duchowe zubożenie i okaleczenie: robotnik alienuje się od siebie samego, od natury i od innych ludzi; istnieje tylko jako ożywiony obiekt, ale nie jako ludzka istota. (441)

(…) zawiłość współczesnego społeczeństwa przemysłowego sprawiła, iż człowiek jest „przecywilizowany”, oderwany od głębszych warstw swej egzystencji, a w efekcie wyobcowany od swej „instynktowej natury”. Inni (…) ubolewają, że nasze zaawansowane technicznie społeczeństwo zmusza człowieka do życia przesadnie zintelektualizowanego, karmiącego się abstrakcjami, co alienuje go od rzeczywistego świata… (441-2)

Kiedy człowiek wyrzeka się odpowiedzialnego myślenia, jest zdany na łaskę bezwiednych, podświadomych reakcji, te zaś będą zdane na łaskę zewnętrznych, napierających na niego sił. Za sprawą tego wyrzeczenia osoba taka staje się tym, o czym mówią społeczni determiniści: „pusta forma” czekająca na wypełnienie, bezwolny robot, który czeka na sterowanie przez otoczenie. (472-3)

Jeśli ktoś wyznaje sprzeczne wartości, nieuchronnie zadaje to gwałt jego poczuciu tożsamości, gdyż rozbija poczucie samego siebie, które rozpada się na nienadające się poskładać fragmenty. Aby uniknąć bolesnego doświadczenia tego rozbicia, ludzie, których wartości są sprzeczne, najczęściej unikają wiedzy o owej sprzeczności, chwytając się uników, wykrętów, racjonalizacji itd. W taki to sposób, unikając problemu, który wynika z niedostatku myślenia, zawiesza się myślenie. Chcąc umknąć zagrożeniu dla własnej tożsamości, ktoś zawiesza swoje ja, unieruchamia siebie jako istotę myślącą… (473-4)

(…) wyrzeczenie się racjonalności i niezależności, które pozbawia ludzi ich osobowej tożsamości, najczęściej prowadzi ich do autodestrukcyjnej polityki, która polega na szukaniu zastępczej tożsamości, tożsamości z drugiej ręki, to zaś dokonuje się na drodze bezmyślnego przystosowania się do wartości innych. [Nazywa się to czasem szukaniem sztucznej, zewnętrznej „protezy” życiowej, o którą można się oprzeć nie będąc samodzielnym i niezależnym – przyp. A.K.] (475)

[Oto] osoba, która akceptuje świat i dominujące w nim wartości jako gotowe dane, nad którymi nie będzie się przecież zastanawiała. Czym jest prawda? Tym, co inni uznają za prawdę. Co jest słuszne? To, co inni uważają za słuszne. Jak trzeba żyć? Tak, jak żyją inni. (…) Jest to osoba, której poczucie tożsamości i własnej wartości stanowi ewidentnie funkcję jej zdolności do zaspokajania oczekiwań i działania wedle wartości i reguł owych wszechwiedzących i wszechobecnych „innych”. (475)

Komuś, kto ma szacunek do siebie i ceni niezależność sądu, nigdy nie przyjdzie do głowy, by swej tożsamości szukać u innych czy dać ją innym kształtować. (476)

Gdy w jakiejkolwiek epoce ktoś próbuje uciec od odpowiedzialności wiążącej się z intelektualną niezależnością, a poczucie tożsamości chce zaczerpnąć z „przynależności” [do kasty, grupy, partii, sekty itp. – przyp. A.K.], płaci za to straszliwa cenę, gdyż sabotuje w ten sposób swoje procesy umysłowe. Stopień, w jakim ktoś zastępuje swoje osądy cudzymi, zamiast na rzeczywistość spoglądać bezpośrednio, jest także stopniem, w jakim wyalienowane od rzeczywistości sa jego procesy umysłowe. (476)

Wyalienowany człowiek ucieka od odpowiedzialności, którą jest świadoma siebie (a więc samosterowna) świadomość; pragnie uchylić się od brzemienia, którym staje się dla niego wolność myślenia lub niemyślenia (…) Jest jednak inny jeszcze poziom, na którym staje problem wolności, poziom egzystencjalny i społeczny – i tutaj ucieczka okazuje się możliwa. Wolność polityczna nie jest zagwarantowana metafizycznie, trzeba ja więc zdobyć i właśnie dlatego można ja tez odrzucić. Bunt przeciw wolności w ramach czyjejś egzystencji ma swe psychologiczne korzenie w buncie przeciw wolności świadomości.  Korzeniem rewolty przeciw odpowiedzialności za własne działania jest rewolta przeciw samostanowieniu o swoi myśleniu. Ten, kto nie chce myśleć, nie chce też ponosić odpowiedzialności za konsekwencje swoich działań i za swoje życie. (478)

Zagłębiając się w książkach gloryfikujących średniowiecze i rozprawach socjalistów, natychmiast wychwytuje się tęsknotę za społeczeństwem, które każdemu będzie gwarantowało egzystencję, w którym zatem nikt nie będzie odpowiedzialny za swe przeżycie (…), nie stanie wobec konieczności podejmowania decyzji dotyczących jego życia czy przyszłości, w której w ogóle nie staje kwestia, co komu należne, a co nienależne, co zasłużone, a co niezasłużone, w której to nie osiągnięcia są wynagradzane [nie osiągnięcia, a jakaś – brrrr! – „średnia”, posłuszeństwo i dopasowanie do woli władzy, nauczyciela, szefa, grupy – przyp. A.K]. i nikt nigdy nie musi ponosić konsekwencji swoich błędów. (479)

Niepodobna, by człowiek uciekł od swej natury, a jeśli ustanawia społeczność niezgodną z jej wymogami – społeczność niepozwalającą mu funkcjonować jako rozumna, niezależna istota – musi się to skończyć psychologiczną i fizyczną katastrofą. Wolne społeczeństwo nie może, rzecz jasna, automatycznie gwarantować pomyślności dla wszystkich swoich członków. Wolność nie jest warunkiem wystarczającym ludzkiego spełnienia, ale jest jego warunkiem koniecznym… (480)

Jeśli człowiek wyrzeka się odpowiedzialności za pozyskiwanie wiedzy, wybór wartości i stanowienie celów, jeśli w tej sferze poddaje się kierownictwu innych, jakże może nie doznawać poczucia, że Wszechświat jest przed nim zamknięty? Zamknięty jest jednak mocą jego własnego wyboru. (481)

Wyobraźcie sobie wyraz twarzy dziecka, gdy po jakimś czasie zmagania się z problemem znajduje rozwiązanie: uśmiech radości, wyzwolenia, niemal triumfu, nieświadomego siebie, ale siebie pewnego, promienność idąca w dwóch kierunkach – na zewnątrz zalewająca blaskiem świat, wewnątrz zaś stająca się pierwszą iskrą tego, co z czasem stanie się płomieniem zasłużonej dumy. (…) A przecież dzieje się tak nie tylko z dziećmi. (…) idea jest światłem zalewającym ludzką duszę. (…) Owo lśnienie to blask ludzkiej inteligencji w działaniu, to zewnętrzna manifestacja ludzkiej rozumności, to sygnał i symbol ludzkiego umysłu. (…) A jeśli waszą odpowiedzią na ów blask w twarzy dziecka czy dorosłego nie jest zachwyt? Jeśli jest nią bezimienna trwoga? Wtedy przez całe życie będziecie używać swych filozoficznych zdolności po to, aby tylko ta trwoga nie została nazwana. Szukać będziecie maskujących ją racjonalizacji, nazwiecie ów blask „egoizmem”, „arogancją”, „nieprzejednaniem”, „dumą”, a chociaż będą to słuszne określenia, to w nieprzeczuwanym przez was sensie. Będziecie mieć pewność, że to spojrzenie w ludzkich oczach jest waszym największym, najgroźniejszym przeciwnikiem, a pragnienie zduszenia go stanie się motywem najsilniejszym ze wszystkich, potężniejszym od rozumu, logiki, spójności, egzystencji, realności. A jest to pragnienie, by złamać ludzkiego ducha. (494-5)

Nie chodzi (…) o zniszczenie ludzkiego umysłu, lecz o powolny, bardziej bolesny ekwiwalent zniszczenia: zniewolenie. (496)

Nauka o samopoświęceniu [zawarta w encyklice „Populorum progressio” („Rozwój ludów”) Pawła VI – przyp. A.K.] – prymitywna broń użyta do tego, aby karać człowieka za jego sukcesy na ziemi, podciąć jego zaufanie do siebie, złamać jego niezależność, odebrać mu radość życia, okaleczyć jego dumę, zdusić zadowolenie z siebie i sparaliżować umysł – teraz jest wykorzystywana po to, żeby tej samej destrukcji poddać cywilizowane narody i cywilizacje jak taką (508)

Mieszkańcami świata, który chce ustanowić encyklika, są roboty wyczulone na jeden tylko bodziec: potrzebę, na najbardziej prymitywne, prostackie, najbardziej fizyczne potrzeby jakichkolwiek robotów, gdziekolwiek się znajdują na ziemi. Potrzeby najbardziej minimalne, pozwalające utrzymać wszystkie roboty w stanie zdolności do pracy, jedzenia, spania, wydalania i prokreacji, produkowania nowych robotów, które będą pracować, jeść, spać, wydalać i prokreować. Najbardziej odczłowieczonym szczeblem nędzy jest ten, na którym jedyną troską i jedynym celem są czysto zwierzęce potrzeby; otóż encyklika chciałaby zinstytucjonalizować ten właśnie poziom i na nim zatrzymać raz na zawsze całą ludzkość… (509-10)

Wcale nie chodzi o ulżenie cierpieniom czy zwalczenie nędzy, chodzi o zrodzenie poczucia winy. Wcale nie chodzi o to, by encyklikę zaakceptowano i praktykowano; chodzi o to, by ją zaakceptować i – łamać, łamać przez ludzkie „egoistyczne” pragnienie życia, które teraz ma się stać wstydliwa słabością. Ludzie, którzy swym ideałem uczynią irracjonalny cel pozostający nie do osiągnięcia, nigdy już potem się nie wyprostują i nigdy się nie dowiedzą, że o nic innego nie chodziło niż o owo przygięcie głów. (511)

Kiedy człowiek wyrzeka się rozumu i wolności, próżnię wypełniają wiara i przemoc. (515)

Żaden ustrój społeczny nie może długo wytrwać bez moralnej podstawy. (515)

Zbliżenie się [katolicyzmu i komunizmu] do siebie nie jest (…) zaskakujące. Różnice między nimi dotyczą tylko kwestii nadnaturalnych; tutaj, w rzeczywistości, na ziemi, mają wspólne trzy kluczowe elementy – tę samą moralność: altruizm; ten sam cel: globalne panowanie przy użyciu siły; i tego samego przeciwnika: ludzki umysł. (…) Dzisiaj katolicyzm i komunizm mogą ze sobą zgodnie współpracować, mając nadzieję, ze potem jeden pokona drugiego, ale najpierw muszą zniszczyć wspólnego wroga: jednostkę, zmuszając ludzkość do tego, aby tak się zjednoczyła, że na jedną szyję będzie można zarzucić jedno jarzmo. (515-16)

Zasada indywidualnych praw człowieka stanowiła rozciągnięcie moralności na ustrój społeczny, gdyż nakładała ograniczenia na władzę państwową, broniła człowieka przed przemocą kolektywu, władzę podporządkowywała prawu. (523)

Wszystkie dotychczasowe ustroje twierdziły, że człowiek jest własnością społeczności, że ta może nim do woli dysponować i że jeśli przysługuje mu w ogóle jakaś wolność, to tylko za przyzwoleniem społeczności, która może je w każdej chwili wycofać. (…) Jedynym moralnym celem państwa jest ochrona praw jednostki. „Prawo” to moralna zasada określająca i sankcjonująca wolność działań jednostki w kontekście społecznym. (523-24)

Pojęcie prawa odnosi się do działań, a konkretnie do ich wolności: wolności od fizycznego przymusu, przemocy i wszelkiej ingerencji innych osób.  Dla każdej jednostki prawo jest zatem moralną sankcją pozytywną: sankcjonuje wolność działań wedle własnego osądu, dla własnego celu i na mocy dobrowolnego, a nie wymuszonego wyboru. Co się tyczy innych, prawa nie narzucają im żadnej powinności, a oznaczają tylko z ich punktu widzenia sankcję negatywną: mają się powstrzymać od gwałcenia praw. (524)

Prawo do życia jest źródłem wszystkich innych praw, a prawo własności tylko je urzeczywistnia. Bez prawa własności nie są możliwe żadne inne prawa. Ponieważ człowiek musi się utrzymać przy życiu własnym wysiłkiem, ten, kto nie ma prawa własności do efektów swego wysiłku, nie ma też prawa do utrzymania się przy życiu. Człowiek, który produkuje, ale jego produktem dysponuje ktoś inny, jest niewolnikiem. (524-25)

Pojęcie praw jednostki jest tak nowe w ludzkich dziejach, że większość osób po dziś dzień nie zrozumiała go do końca. Wedle dwóch teorii etycznych, mistycznej i społecznej, prawa są darem – jedni twierdzą: Boga, drudzy: społeczeństwa. Tymczasem u źródeł praw leży natura człowieka. (…) Źródłem uprawnień człowieka nie jest boże ustanowienie czy ustanowienie kongresu, lecz prawo tożsamości. A = A, człowiek jest człowiekiem. Prawa są warunkiem istnienia, których domaga się ludzka natura, aby możliwe było przetrwanie. (…) Naruszenie praw człowieka oznacza zmuszanie go do tego, by działał niezgodnie z własnym osądem, albo wywłaszczenie go z pozyskanych wartości. Istnieją dwaj potencjalni gwałciciele tych praw: przestępcy i państwo. (…) Deklaracja Niepodległości ustanowiła zasadę: „Aby zabezpieczyć te prawa, zostały ustanowione między ludźmi rządy”. Tylko to zabezpieczenie jest jedynym uzasadnieniem dla rządów i ono odkryło ich właściwy cel: ochronę praw człowieka poprzez bronienie go przed fizyczną przemocą. Tak oto państwo z władcy stało się sługą… (525-26)

W efekcie powstała idea społeczeństwa cywilizowanego (…) Społeczeństwo cywilizowane to takie, w którym przemoc zostaje wygnana ze sfery stosunków międzyludzkich, a państwo, działające jak policjant, może użyć przemocy tylko w obronie i tylko przeciw tym, którzy jako pierwsi po nią sięgnęli. (526-27)

To pojęcie praw jednostki dało początek wolnemu społeczeństwu. To od niszczenia praw jednostki zaczęło się niszczenie wolności. (…) W ramach tego procesu dokonuje się tak gigantyczne zwielokrotnienie nowo ogłaszanych praw, iż ludzie nie dostrzegają już tego, że znaczenie tego pojęcia uległo wręcz odwróceniu. Zły pieniądz wypiera pieniądz dobry, a owe „prawa powielaczowe” negują prawa autentyczne. (527)

W każdej epoce i każdym kraju przestępcy stanowią mniejszość, a szkoda przez nich czyniona ludzkości jest nieskończenie mniejsza od tych, które powodują ludzkie rządy (masakry, wojny, prześladowania, konfiskaty, głodzenie, zniewolenie, ludobójstwo). Potencjalnie rząd jest największym zagrożeniem dla ludzkich praw, gdyż to on ma monopol na użycie przemocy wobec bezbronnych z mocy prawa ofiar. Kiedy więc rząd nie napotyka ograniczeń w postaci praw człowieka, jest jego najgroźniejszym wrogiem. (531)

Jeśli społeczeństwo ma być wolne, rząd musi być kontrolowany. We właściwym ustroju społecznym prywatna jednostka ma prawna wolność podejmowania jakichkolwiek działań (o ile tylko nie naruszają one praw innych), podczas gdy każdy czyn urzędnika rządowego jest kontrolowany przez normy ustawowe. Prywatna jednostka może robić wszystko, co nie jest zabronione przez prawo, urzędnik rządowy może robić tylko to,, na co mu normy ustawowe pozwalają. (540)

(…) rząd nie jest władcą, lecz sługą obywateli, a ma tylko takie prawa, jakie (…) powierzyli mu obywatele. (540-41)

(…) konstytucja wyznacza granice i bariery dla rządu, a nie dla obywateli, reguluje nie postępowanie prywatnych jednostek, lecz poczynania rządu, wyposaża ona nie rząd w narzędzia władzy nad obywatelami, lecz obywateli w narzędzia obrony przed [i władzy nad – przyp. A.K.] rządem. (542)