Idee mają konsekwencje - fundamenty myśli konserwatywnej

Idee mają konsekwencje – fundamenty myśli konserwatywnej

Często wydaje nam się, że myśli dawnych filozofów, polityków, myślicieli przebrzmiały i nie mają wpływu na nasze dzisiejsze życie. Tak jednak nie jest. Ilustruje to w bardzo ciekawej książce „Idee mają konsekwencje” Richard Malcolm Weaver (1910-1963), filolog i filozof konserwatywny, według Meyer’a, Willmoore’a Kendall’a, Russell’a Kirk’a – „ojciec założyciel” amerykańskiego konserwatyzmu (nie mylić z liberalnym neokonserwatyzmem).

Nurty filozoficzne czy koncepcje ideologiczne potrafią zdobywać powoli, czasem przez stulecia, teren, rozprzestrzeniać się i wybuchać emanacją polityczną. Przykłady?

Pierwszy: Rozwój niemieckiego idealizmu, który przełożył się na politykę Bismarcka, dla którego absolutem (ideałem) było państwo. Chciał on zorganizować państwo w perfekcyjny organizm, którym można zarządzać jak karną armią. Stąd instytucja niemieckiego „beamte” (urzędnik), mającego status funkcjonariusza państwowego z obowiązkami o każdej porze, ale także zabezpieczonego socjalnie. Nurt idealizmu, bismarkizmu, związany z kultem siły i mitologią germańską wyewoluował później w hitleryzm – państwo totalne, wojna totalna, ideologia totalna, czystość rasowa, wszystko w służbie idealnego, a więc lepszego od innych państwa „nadludzi”. Koszmarna, ślepa uliczka, która była efektem ponad stu lat rozwoju tego nurtu myśli.

Drugi: ideologia marksistowska, manifest komunistyczny, nurt robotniczy walki klas, przeciwstawienia sobie grup społecznych, odbierania siłą majątków i środków produkcji, upaństwowienia wszystkiego, co tylko można, odgórnego planowania i rozdawnictwa, kolektywizacji i „władzy ludu pracującego miast i wsi” – nurt prowadzący do podobnych zwyrodnień, jak w przypadku faszyzmu i niemieckiego narodowego socjalizmu, do dewastacji społeczeństw, do biedy i zastraszenia. Ponad wiek rozwoju takiej myśli – i znów tragedia.

Zawsze takie nurty myślowe mają wspólny mianownik – są przemycane pod hasłami, które brzmią dobrze: wyzwolenie, równość, braterstwo, demokracja, porządek, postęp, sprawiedliwość, prawa człowieka czy inne. I zawsze dochodzi do wypaczania pojęć, fetyszyzowania kilku z nich i przemilczenia ważnych spraw.

Przykładowo: jeżeli – jak to trwa od ok. pół wieku – mowa jest o prawach człowieka i obywatela, to jakoś dziwnie zapomina się o obowiązkach człowieka i obywatela. A przecież prawa zawsze idą w parze z obowiązkami. Cisza o obowiązkach, ale praw, ile tylko da się wymyślić. To tworzy jednostki pozbawione poczucia odpowiedzialności, rozwydrzone i nastawione roszczeniowo. To jest pójście na łatwiznę, kupowanie ludzi mirażami szczęśliwości lub łatwego życia.

Weaver pokazuje w swojej książce, jakie konsekwencje mają po 100, 200 i więcej latach rozmaite pomysły „usprawniające”, „nowoczesne”, obrażające tradycyjny (ewangeliczny) system wartości. Pokazuje powolny rozpad świata, rezygnującego z autorytetów, mądrości, duchowości, wspólnoty, rozmowy – na rzecz, odpowiednio, „zdania większości”, wiedzy o szczegółach, materializmu, grup interesów, przekrzykiwania się.

Człowiek tonie w ogromnej ilości drobiazgów, opętany jest krzykiem reklam i polityków, zatraca się, nie widząc swojej drogi, daje się manipulować i deprawować, wpada w „ciąg” konsumpcji i zdobywania dóbr materialnych, nie ma czasu na relacje międzyludzkie. Tragedia.

„Oszałamiająca ilość faktów, do których człowiek ma dziś dostęp, służy tylko temu, by go odciągnąć od rozmyślania nad pierwszymi zasadami, tak aby jego orientacja dotyczyła jedynie spraw peryferyjnych.” (Weaver, „Idee mają konsekwencje”, str. 22) Czy nie masz, Czytelniku, wrażenia, że media często zaprzątają naszą uwagę „pierdółkami”, aby odwrócić uwagę od kwestii naprawdę istotnych? Ja mam to wrażenie permanentnie.

Poniżej wybór  cytatów, niejako skrót książki – rewelacyjnej lektury, która nieoczekiwanie wciągnęła mnie w kapitalną przygodę intelektualną.

Niesentymentalny sentyment

Bo toczy się wojna o rząd dusz, o władzę nad naszymi emocjami i naszymi umysłami. Świat „jest areną, na której walczą idee, rozmnożone w ciągu wielu wieków, wyzwolone z dyscypliny nałożonej kiedyś przez podstawowe pojęcia” (str. 30) Brak dyscypliny, porządku pojęciowego jest dziś uderzający – w tym celu rozbija się od dawna wszelkie centra, które o ten ład dbały, takie jak religia, filozofia, metafizyka. „Jeśli one się poddają, rozpoczyna się rozproszenie, które nie skończy się aż do całkowitego zniszczenia kultury.” (str. 30)

„Słyszymy dziś z każdej strony, że nie ma znaczenia, w co człowiek wierzy (…), tak długo jak traktuje swą wiarę niepoważnie. (…) Przypuśćmy jednak, że człowiek weźmie poważnie swoją wiarę. Wówczas to, w co wierzy, kładzie się pieczęcią na jego doświadczeniu i sprawia, że przynależy on do kultury, która jest przymierzem opartym o wzniosłe zasady.” (str. 32) To chyba dlatego odczuwamy chłód i obcość ze strony tych, którzy podważają te nasze zasady, nasz system wartości – Dekalog, prawo naturalne, zasady solidarności i pomocniczości, osiem błogosławieństw, prymat człowieka przed ideologią, prymat etyki przed ekonomią.

Odczuwam wspólnotę kulturową i bliskość wobec tych, którzy podobnie pojmują świat, z którymi mogę, ufając, zawrzeć przymierze w oparciu o wartości i zasady. Czy mogę odczuwać wspólnotę kulturową z ludźmi, którym rozmyły się pojęcia i zasady, którzy zanegowali tradycyjny system wartości i przeszli do innej, obcej kultury? Czy mogę ich odzyskać dla dobra naszej kultury, wspólnoty, współdziałania na rzecz naszego wspólnego dobra, na rzecz Polski? To palące pytania.

Tym bardziej palące, że świat dokoła jakby oszalał w pogoni za „taniochą”, sensacją, szokowaniem opinii publicznej. Media zdziczały. „Kariera sensacyjnego dziennikarstwa zawsze świadczy o utracie przez człowieka punktów odniesienia, o jego dążeniu do zabawy, w imię wolności, rzeczami zabronionymi.” (str. 38) Ma miejsce celowe bałamucenie, „podstawienie sensacji w miejsce refleksji” (str.38-9) – dla rozrywki, zabawy, dreszczu emocji. Technicyzacja, dążenie do zysku, kariery, interesy – to wszystko wypiera uczucia, a „nieuniknioną konsekwencją zaniku uczuć jest zepsucie związków międzyludzkich, zarówno rodzinnych, jak i przyjacielskich” a „przecież tylko uporządkowane uczucie wiąże nas z dziećmi i ludźmi starymi. (…) ci, których nie obchodzą ich przodkowie, nie będą się zajmować żadnym ze swych następców. Decyzja współczesnego człowieka, aby żyć tu i teraz, objawia się w porzucaniu starych rodziców, co dawniej było nie do pomyślenia, gdyż uporządkowane uczucie nadawało stosunkowi do rodziców wymiar honoru i autorytetu. (…) Także dzieci traktuje się jako obciążenie. Człowiek (…) dążący do zaspokojenia materialnego traci wiarę w ciągłość krwi – i nic tu nie pomogą sztuczne zabiegi (…) w celu podtrzymania rozpadających się domów. (…) gdyby nasze widzenie świata pozostało sprawiedliwe, zatłoczone miejskie życie, szkodliwe również na wiele innych sposobów, nie stałoby się nigdy wzorcem.” (str. 39)

To życie wielkomiejskie, pospieszne, powierzchowne, w kieracie pracy – zabija związki międzyludzkie i prowokuje „podejrzliwość wobec przyjaźni”. Panuje tam anonimowość, interesowność, często nerwowość i ciasnota. Rozprzestrzenia się „typ mentalności, który z doskonałą naiwnością każe wykonywać studium na temat, jak zdobywać przyjaciół i wpływać na ludzi”. Taka „idea kampanii zdobywania przyjaciół jest nie do pojęcia” dla każdego, kto respektuje porządek duchowy i tradycyjny system wartości. „Przyjaciół przyciąga się poprzez swoją osobowość, jeśli jest ona dobrego gatunku, zaś wszelkie świadome i zaplanowane usiłowania w tym celu zawsze noszą znamiona podstępu. Sztuka manipulacji osobowościami zakłada zwykle pogardę dla osobowości. Podobne oszustwo możliwe jest tylko w społeczeństwie rozbitym, w którym duch znajduje się w stanie atrofii.” (str. 40)

To rozbicie i zanik ducha, rozpad systemu wartości powodują upadek czci wobec bohaterów i brak autorytetów. To ważna sprawa, bo skutkuje brakiem kompasu dla i w społeczności. „(…) zanik ideału heroicznego zawsze połączony jest ze wzrostem komercjalizmu (…), ponieważ człowiek związany z handlem jest z natury rzeczy relatywistą (…) >>Biznes i uczucie nigdy się nie mieszają<<”. Ta dewiza tłumaczy „skłonność wszystkich społeczeństw organicznych do wykluczania kupca z wpływowych pozycji i pozbawiania go prestiżu…” (str. 41)

„Naszą obroną musi więc być przywrócenie tego metafizycznego marzenia…” (str. 42)

„Odmowa dostrzeżenia różnicy pomiędzy niemowlęciem a dorosłym, pomiędzy kobietą a mężczyzną, pomiędzy żołnierzem a cywilem – rozróżnień, które leżą w samym rdzeniu etosu rycerskiego – determinacja w kierunku zespolenia wszystkiego w bezforemną masę i ciężar – oto, w jaki sposób społeczeństwo zostało zniszczone” (str. 42) – rozmyciem pojęć, zacieraniem różnic, burzeniem tradycyjnego porządku i narzucaniem destrukcyjnych ideologii: gender, multi-kulti, wojny totalnej, opozycji totalnej, seksizmu itd.

„Jedynym zbawieniem jest umiar narzucony przez ideę. Nasze idee muszą być jednak zharmonizowane przez pewna wizję, aby nie pogłębiły zamętu. Należy zatem przede wszystkim znaleźć relację pomiędzy wiarą a rozumem.” (str., 43)

Rozróżnienie i hierarchia

„…złowieszczym powszechnym zjawiskiem naszych czasów jest stałe zacieranie różnic tworzących społeczeństwo. (…) Trzeba wielokrotnie powtarzać, że społeczeństwo i masy są pojęciami przeciwstawnymi i że ci, którzy pragną działać w imieniu mas, są naszymi niszczycielami. (…) Społeczeństwo (…) musi mieć strukturę; jeśli ma strukturę, musi mieć hierarchię…” (str. 45)

„…dzisiejsi ludzie bardzo pragną wiedzieć, kto jest naprawdę uprawniony do posiadania autorytetu władzy, (…) z tęsknotą poszukują źródeł prawdziwych wartości. Słowem: chcą znać prawdę, ale wpojono im pewną perwersję”, która „polega na przekonaniu, że w prawdziwym społeczeństwie nie ma żadnych różnic.” (str. 46)

„Człowiek dobry, który udowodnił swoją wierność właściwemu uczuciu, był – i jest zawsze – naturalnym mandatariuszem autorytetu (…) Na podstawie tych kryteriów było możliwe wzniesienie struktury odzwierciedlającej nasze poważanie dla wartości. (…) Oto jest społeczeństwo, w którym człowiek posiada zmysł kierunku (…) Jest dla niego możliwe życie w sferze ducha i rozumu, ponieważ ustalone są punkty odniesienia.” (str. 46)

„Hierarchia wymaga jednak wspólnego ustalenia celów. Oto dlaczego współzawodniczące ideologie naszych czasów wytwarzają taki chaos.” (st. 47)

„Do myślenia społecznego wkracza teraz pojęcie statystycznej jednostki, konsumenta, które posiada siłę całkowitego niszczenia tamtej metafizycznej struktury podtrzymującej hierarchię. (…) Tradycyjne społeczeństwo było zorganizowane wokół króla i kapłana, żołnierza i poety, wieśniaka i rzemieślnika. Dzisiaj różnice między powołaniami blakną, a nowe społeczeństwo skupione jest wokół zdolności do konsumpcji. (…) Jest to wielkie osiągnięcie socjalizmu, który w rzeczy samej stanowi materialistyczny wykwit burżuazyjnego kapitalizmu.” (str. 47)

„Państwo, zaprzestając wyrażania wewnętrznych kwalifikacji człowieka, zamienia się w potężną machinę biurokratyczną, tak skonstruowaną, by promować aktywność ekonomiczną. Nic więc dziwnego, że tradycyjne wartości, bez względu na to, jak często by nie były wymieniane podczas różnych uroczystości rocznicowych, muszą się dziś wymykać i szukać jakichś szczelin i zakamarków, by przetrwać.” (str.48)

Niektóre siły polityczne, niektórzy określają je jako neoliberalne lub lewicowe, chcą doprowadzić do zburzenia „schodów do wszystkich wzniosłych celów” (str. 50)

„Walka toczy się na wszystkich frontach, a najbardziej zdradziecką ideą używaną do zburzenia społeczeństwa jest nieokreślony egalitaryzm. (…) Egalitaryzm jest szkodliwy, ponieważ prezentuje się zawsze jako zadośćuczynienie niesprawiedliwościom, podczas gdy w rzeczywistości jest czymś wręcz przeciwnym.” (str. 51)

„Przyjazne stosunki między ludźmi (…) nie opierają się na chimerycznym wyobrażeniu równości, ale na braterstwie – pojęciu o wiele wcześniejszym w historii (…) Pradawne uczucie braterstwa niesie obowiązki, o których równość nigdy nie słyszała. Braterstwo wymaga szacunku i ochrony, (…) żąda cierpliwości dla młodszego braciszka i może z cała surowością wyznaczyć obowiązki dla starszego brata. Umieszcza ludzi w siatce uczuć, a nie praw (…) Wymownym dowodem utraty poważania dla logiki (…) jest fakt, że rewolucja francuska umieściła obok siebie, na jednym poziomie, równość i braterstwo. (…) Równość jest pojęciem dezorganizującym, a relacje międzyludzkie wymagają uporządkowania.” (str. 52)

„Jakże wiele frustracji współczesnego świata rodzi się z tego, że ktoś rozpocznie od stwierdzenia, iż wszyscy są równi, a później się przekonuje, że to niemożliwe, i musi sobie zdać sprawę, że nie ma już powrotu do więzów braterstwa!” (str. 53)

„Braterstwo kieruje uwagę na innych, równość – na siebie, a namiętność poszukiwania równości idzie w parze ze wzrostem egotyzmu. Ramy obowiązku, które wznosi braterstwo, są same w sobie źródłem postępowania zrodzonego z idei. Kiedy ludzie czują, że społeczeństwo  oznacza uporządkowanie, najwyższe i najniższe grupy skupiają swe wysiłki na wspólnym celu i łączy je raczej harmonia niż współzawodnictwo. Możemy uznać za zasadę generalną, że te społeczeństwa, które najmniej mówiły o równości, w twardej rzeczywistości życia społecznego okazały największe braterstwo. (…) w momencie zmniejszania się różnic społecznych i zrównania społecznych grup wzrosła podejrzliwość i wrogość. W dzisiejszym świecie jest bardzo niewiele zaufania i jeszcze mniej lojalności. Ludzie nie wiedzą, czego oczekiwać od siebie nawzajem. Przywódcy nie chcą przewodzić, a słudzy nie chcą być posłuszni.” (str. 53)

Gdy „obowiązuje zasada równości, nikt nie wie, skąd pochodzi. Ponieważ wszystkich upewniono, że są >>równie dobrzy jak inni<<, bardzo prawdopodobne, iż wszyscy będą podejrzewali, że otrzymali mniej, niż na to zasługują”. (…) Podstawą organicznego porządku społecznego jest braterstwo łączące części, które się różnią. (…) Bunt przeciwko różnicom między ludźmi jest jednym z aspektów (…) ruchu przeciwko wiedzy…(…) Po przyzwoleniu na to znikają wrodzone wzorce, usprawiedliwione są tylko rzeczy służące wygodzie i brak jest jakiegokolwiek sądu apelacyjnego przeciwko wywrotowi czynionemu przez pragmatyzm. (str. 54)

„Twierdzi się powszechnie, że wszelkie różnice społeczne zostaną zniesione w królestwie czystej demokracji”, co „jest tylko werbalnym oszustwem”. Jeżeli demokracja „obiecuje równość wobec prawa, nie daje więcej, niż dały już cesarstwa i monarchie, i nie może używać tego argumentu, by udowodnić swoją wyższość. Jeśli obiecuje równość poziomu życia, obiecuje niesprawiedliwość, ponieważ równe prawo dla wołu i lwa jest tyranią. (…) Kiedy odkryto, że równość wobec prawa nie ma żadnego wpływu na zrównanie uzdolnień i zasług”, tzw. postępacy zakrzyknęli, że „wyprowadzono ich w pole (…) Żądanie równości politycznej zostało wkrótce uzupełnione o postulat demokracji ekonomicznej, co miało ucieleśnić ideał zrównywaczy.” (str. 54-55)

„Jeżeli demokracja oznacza danie szansy do wspinania się, oznacza też danie szansy na wzniesienie się ponad mniej godnych, z tym zaś wiąże się uznanie istnienia czegoś powyżej i poniżej”. Zatem, „demokracja jest jedynie korektą dla spaczonej arystokracji”? „Demokraci doskonale zdają sobie sprawą, że jeśli pozwolą się ludziom różnicować zgodnie z ich zdolnościami i porządkiem pierwszeństwa, struktura wkrótce samoistnie narzuci się masom. Stąd (…) głęboka nieufność do ludzi intelektu (…) Społeczeństwo takie może nawet uznawać wzory łatwej moralności, bo ten jest >>dobrym człowiekiem<<, kto nie jest kanciasty jak idealista.” (str. 56)

„(…) przywództwo demokratyczne zawsze przeradza się w anomalię. (…) w czasach kryzysu ludzie – czy to instynktownie, czy w inny sposób – zwracają się do grupy elitarnej, która wie, co robić. (…) kiedy wzniosłe zamierzenie staje się imperatywem, dają władzy pełnomocnictwa stawiające ją nawet poza ich kontrolą.” (str. 57)

„Tej kwestii nie da się oczywiście oddzielić od pytania o cel państwa ani od pytania o cel jednostkowego istnienia. (…) prawo zwykłej większości nie może wystarczyć (…) Dlatego (…) Konstytucja”, która ma „uchronić ludność republiki przed nią samą”. (str. 58)

„(…) demokracja nie może istnieć bez edukacji”, bo „idzie o wskazanie człowiekowi hierarchii wartości.” Zatem, „demokracja nie może istnieć bez arystokracji. Arystokracja to grupa przywódcza, która w celu przetrwania musi się nieustannie wyłaniać z demokracji”. Należy też wspomnieć o „korupcji tego systemu wyłaniania władzy, spowodowanej przez dogmat egalitaryzmu i pokusę materializmu.” (str. 59)

Próbowano „zdefiniować (…) to, co konstytuuje wolnego człowieka. Przeważa (…) opinia, że edukacja musi umożliwiać człowiekowi uzyskanie wystarczającego bogactwa, by żył na poziomie burżuazji. Ten rodzaj edukacji nie rozwija cnót arystokratycznych, nie skłania do refleksji, nie inspiruje do poważania dobra. (…) właśnie dlatego, że utraciliśmy zdolność pojmowania natury wiedzy, nie posiadamy w edukacji żadnego narzędzia dla ocalenia porządku. (…) Formuła popularnej edukacji zawiodła demokrację, ponieważ demokracja stanowczo sprzeciwiała się myśli o poświęceniu, poświęceniu czasu i dóbr materialnych, bez którego nie ma żadnego ćwiczenia się w dyscyplinie intelektualnej. Psychika zepsutego dziecka (…) wdarła się do systemu nauczania.” Rozwiązanie dylematu sprowadza się do „znalezienia jakiegoś źródła autorytetu. Jedynym takim niekwestionowanym w każdym czasie źródłem jest wiedza. Jednak wyższość pod względem wiedzy niesie ze sobą przywileje, co implikuje rzecz jasna rozróżnienie i hierarchię. (str. 60-61)

„(…) zrównywacze są wrogami wolności (…) Tam, gdzie istnieje prosta masowość, każdy stoi na czyjejś drodze, a niebezpieczna wolność wkrótce zostaje zamieniona na niepoczytalność.

Przeciętny nam współczesny człowiek uprawia metafizykę wierząc w >>postęp<< (…); chce jakiejś miary dla celowej działalności (…) Skoro jednak metafizyka takiego człowieka woła tylko o wielość i wielkość, staje się bezcelowa, gdyż nie jest źródłem rozróżniania wartości. Jest systemem porównania ilościowego. Stąd (…) upadek tradycyjnej hierarchii, wytworzenie wzorca człowieka ekonomicznego, którego przeznaczeniem jest jedynie aktywność.” (str. 61)

Rozdrabnianie i obsesja

„…rzeczy o najwyższej wartości nie są poddawane upływowi czasu. (…) Tylko najczystszej wody relatywizm upiera się, że upływający czas czyni nieosiągalnym jeden ideał w chwili narzucania nam następnego. Dlatego ci, którzy mówią, iż możemy dojść do upragnionej integracji, i ci, którzy temu przeczą, różnią się zasadniczo w swym pojmowaniu pierwotnej rzeczywistości, ponieważ ci drudzy zakładają prymat czasu i materii. Jest to ten rodzaj podziału, który uniemożliwia posiadanie wspólnego świata.” (str. 63-64)

„Powrót proponowany przez idealistów nie jest podróżą wstecz poprzez czas, ale powrotem do centrum (…) Poszukiwanie to można opisać jedynie jako szukanie prawdy. (…) …każdy przejaw współczesnej dezintegracji jest ucieczką od tego centrum ku peryferiom. Proces ten można także ukazać jako ruch od jedności do indywidualizmu. W miarę, jak człowiek zbliża się do zewnętrznego brzegu, zatraca się w szczegółach, a im bardziej zajęty jest szczegółami, tym mniej je rozumie.” (str. 64)

„W procesie ewolucji (…) doktor filozofii został usunięty”. Powstał „miltonowski ideał wykształconego człowieka, który byłby gotów do wypełnienia >>wszelkich obowiązków publicznych i prywatnych czasu pokoju i wojny<<.” Był to szlachcic, któremu „wpojono zasady powściągliwości” oraz konwencję, „która kazała szlachcicowi być człowiekiem słownym (…). Akceptacja zasad grzeczności trzymała na wodzy jego egotyzm. Brakło mu tylko jednej rzeczy: utracił zdolność widzenia duchowego rodowodu tej samodyscypliny.” (str. 65)

„Jak długo świat Zachodu potrafił podtrzymać istnienie warstwy szlacheckiej, czy to przez zasadę dziedziczności, czy też rekrutację doń w kolejnych pokoleniach, zachowywał środek obronny. Posiadał bowiem grupę nie pochłoniętą ani zaabsorbowaną codziennością, zachowującą ogólny pogląd na powiązania rzeczy. (…) jej obecność ciągle oznaczała równowagę, a ludzie czuli pewien komfort myśląc, iż polityka prowadzona jest przez panów o >>szerokich horyzontach<<”. (str. 66)

„W osłabionej formie ideał ten istnieje do dziś, choć siły modernizmu podstępnie dążą do jego wytępienia. W Europie szlachta została wyrugowana przez polityków i przedsiębiorców, gdy materializm zaczął wynagradzać ten rodzaj zręczności, który nie pasuje do żadnego idealizmu. (…) Szlachcicowi pozwolono chodzić po scenie jako ubogiemu ekscentrykowi, chronionemu przez pewien sentyment, ale już nie rozumianemu. Europa po mękach I wojny światowej zwróciła się o przywództwo do przeciwnego typu ludzi, do gangsterów, którzy choć często dobrzy jako przedsiębiorcy, pozbawieni są wszelkich zasad i zahamowań. Tacy przywódcy (…) dali nam przedsmak tego, czym grozi upadek wartości i panowanie królestwa specjalizacji.” (str. 66-67)

„Przekonanie, że specjalizacja jakiegokolwiek rodzaju sprzeciwia się wolności człowieka, jest bardzo stare (…) – sięga klasycznego antyku. (…) >>człowiek zatrudniony nędznymi zajęciami, w samym trudzie, który podejmuje dla rzeczy o małym znaczeniu, wytwarza świadectwo przeciw sobie, świadectwo swej opieszałości i niezdolności do tego, co jest naprawdę dobre<< (Plutarch). (…) Specjalizacja rozwija tylko część człowieka; człowiek częściowo rozwinięty jest zdeformowany; a ktoś zdeformowany powinien być ostatnią z osób nadających się do rządzenia…” (str. 67)

„…najwyższa mądrość dotyczyła odpowiednio: relacji ludzi z Bogiem i relacji ludzi do ludzi”. Doktorzy filozofii i szlachta „nie oczekiwali od nauki ucieczki od centrum i coraz głębszego zanurzania się w tajemnice świata fizycznego. Oznacza to, bowiem, tchórzostwo i moralny defetyzm. (…) Naukowiec przestaje być doktorem filozofii, ponieważ utracił zdolność filozofowania. Uczynił z siebie zasadniczo śmieszną postać. (…) Mądrość była siłą.” (str. 68)

„Współczesny uczony może być porównany z pijakiem, który zdawszy sobie sprawę z utraty równowagi, usiłuje się ocalić czepiając się drobiazgów (…), utraciwszy kontrolę nad rzeczywistością organiczną, lgnie coraz bardziej do swych odkrytych faktów w nadziei, że zbawienie leży w tym, co może być obiektywnie zweryfikowane.” (str. 68)

„Stąd bierze się najważniejszy symptom naszych czasów: zadziwiająca popularność informacji o faktach. (…) Relatywiści powiedzieli człowiekowi, że nie może poznać prawdy, ma, zatem, >>fakty<<. Można zauważyć, że nawet w języku codziennym słowo >>fakt<< zastępuje wyraz >>prawda<<. >>To fakt<< – mówi się dziś w celu kategorycznego potwierdzenia. Kiedy fakt stał się kryterium ostatecznym, mądrość stała się nieosiągalna. (…) opinia publiczna systematycznie uczona jest mieszania szczegółów faktograficznych z mądrością. (…) Zbieranie niepowiązanych szczegółów staje się celem samym w sobie i zajmuje miejsce prawdziwego ideału nauczania (…) To (…) zamiłowanie do spraw peryferyjnych już dawno temu nawiedziło szkoły i to, trzeba przyznać, na najwyższym poziomie. Uczyniło nonsens ze studiowania literatury i prawie zrujnowało historię. Przypuszczenie, że fakty będą mówić same za siebie, jest rzecz jasna kolejnym ustępstwem rozumu.” (str. 68-69)

„Platon przypominał, że na każdym poziomie badania naukowego jest bardzo ważne, by sobie uświadomić, czy zbliżamy się, czy oddalamy od pierwszych zasad. Znaczenie zmiany, jaką tu obserwujemy, polega na tym, że wcześniejsza nieufność do specjalizacji została zastąpiona przez swe przeciwieństwo – nieufność do uogólnienia. (…) Rozwija się fobia wobec prostych stwierdzeń. Czując, że nawet wyjściowe twierdzenie jest formą argumentacji, a argumentacja zakłada istnienie prawdy, cofamy się, lgnąc do potwierdzonych już szczegółów. Wydają się one nieszkodliwe. Jakiekolwiek wykroczenie poza nie, ku centrum, może się łączyć z poważnymi obowiązkami.” (str. 69-70)

„Od czasu, gdy liberalizm stał się rodzajem oficjalnej linii partyjnej, zakazano nam mówić cokolwiek o rasach, religiach, narodach, gdyż według tej teorii nie istnieje żadne kategoryczne stwierdzenie, które nie implikowałoby wartościowania, a wartości są przyczyną podziałów między ludźmi. Nie wolno nam definiować, podporządkowywać ani sądzić; musimy raczej pozostawać na peryferiach i okazywać >>wrażliwość na przejawy kultury wszystkich krajów i narodów<<. Jest to proces postępującej zniewieściałości.” Z tego wynika, że „człowiek współczesny cierpi na poważne rozdrobnienie swego obrazu świata”, co „prowadzi wprost do obsesji na punkcie oddzielonych części. (…) Ofiara po prostu unika rozpoznania tej rzeczy, która powoduje zranienie. (…) najboleśniejszym wyznaniem dla współczesnego egotysty jest potwierdzenie, że istnieje centrum odpowiedzialności. Ucieka on od niego, kierując się ku najdrobniejszym sprawom. Teoria empiryzmu jest obłudna, ponieważ przyjmuje, że posiadanie racji w małych rzeczach przygotowuje drogę do prawomocnego sądu o rzeczach wielkich. Jednakże nigdy do tegoż osądu nie dochodzi. Pedantyczny empirysta, zagrzebany w swojej małej działeczce fenomenów, wyobraża sobie, że wierność tym fenomenom zwalnia go z zajmowania się szerszymi aspektami rzeczywistości. (…) Tego rodzaju obsesja na punkcie fragmentów ma poważne konsekwencje dla indywidualnej psychologii; wśród tych konsekwencji nie najmniej ważną jest fanatyzm, definiowany właściwie jako podwajanie wysiłku w chwili, gdy zapomniany został cel.” (str. 70)

„Środki absorbują całkowicie i człowiek staje się ślepy na samo pojęcie celów”, a „nawet wśród ludzi, którzy zdobywają się na wysiłek refleksji, pojawia się myśl, że cele muszą się pojawić po wynalezieniu środków.” Takie fanatyczne zapatrzenie w środki „łączy się z ucieczką, substytucją i podskórnym nurtem leku rodzącymi się ze świadomości, że prawdziwy cel nie został wskazany. (…) Obsesja, o której mówimy, jest jednak źródłem wielkiej ulgi dla ogarniętego nią człowieka. Stanowi ona, bowiem, odroczenie prawdziwej próby. Nie kwestionujemy prawdziwości tego westchnienia ulgi, kiedy ludziom pozwala się wracać do probówek i do faktów.” (str. 71)

„Kolejnym aspektem opisywanej psychopatologii jest wysoki stopień niestabilności. Nie należy się spodziewać rozkwitu racjonalnej samokontroli wobec fiksacji zachodzącej w częściach. Robotnicy przypisani do bardzo wąskich wycinkowo prac wykazują się – według badań – wyjątkową skłonnością do emocjonalnej niestabilności. Każdy dostrzega w populacjach miejskich zmienność temperamentu, która kontrastuje z równowagą człowieka żyjącego blisko natury. Zależność tę widać w porywach zmiennego podziwu, w ekscytacji sprawami powierzchownymi, w nadmiernej podatności na sugestie, skłonności do paniki (…) Obserwator przybywający do jakiejś współczesnej metropolii z prowincji, gdzie zakorzenione są jeszcze tradycyjne wartości, poruszony jest sposobem, w jakim czyni się tu sądy bez odniesienia. (…) Znajduje działania propagowane z całą inteligencją wyrafinowanej techniki, które okazują się absurdalne, skoro tylko obnaży się ich założenia dotyczące ludzkiej natury i ludzkiego przeznaczenia. Fragmentaryczny charakter takiego myślenia zezwala na sprzeczności i nagłe zwroty, a to przeszkadza emocjonalnemu opanowaniu wobec konieczności wyboru.” (str. 71-72)

„Zaobserwowaliśmy oto część skutków ewolucji od doktora filozofii poprzez szlachcica ku specjaliście. (…) odkrywamy, że specjalista ustępuje pod względem psychicznym swoim poprzednikom. Jest on podobny do parweniusza starającego się za wszelką cenę pokryć za pomocą pewności siebie poczucie winy, że nie jest wykształcony. Albowiem prawda jest, że ów fanatyzm, niestabilność emocjonalna, napięcia i niestałość nie pasują do wystałej dojrzałości, której oczekujemy od przywódcy.” (str. 72)

„Człowiek, który rozumie, ma powód do pewności siebie, posiada spokój mistrza. Jest człowiekiem zrównoważonym (…); nie poddał się obsesji wiążącej go z cząstką rzeczywistości. Ludzie skłonni są ufać sądom zintegrowanej osobowości i wybiorą je nawet zamiast oficjalnych opinii ekspertów. Słusznie podejrzewają, że określenie „dokonywać ekspertyzy” kryje w sobie jakieś zachwianie, nienormalność punktu widzenia. W ten sposób specjalista stoi zawsze na granicy psychozy. (…) Podobne nierównomierności w rozwoju widać we współczesnych centrach przedsiębiorczości i kształcenia. Każdy mógłby być podziwiany za swe drobne zdobycze potęgi i wirtuozerii, każdy jest dotknięty uzależnieniem, gdyż dla niego specjalizacja stała się światem. (…) Naukowiec, technik i uczony, którzy porzucili Jedno na rzecz Wielości, nadymają się pychą nad swą zdolnością do precyzyjnego opisu jakiejś drobnej cząstki świata. (…) Ludzie myślący są dziś często zdziwieni, dlaczego świat już nie ma pożytku z liberalnie wykształconej klasy. Odpowiedź leży z pewnością w opisanym porzuceniu generalizacji na rzecz specjalizacji, czyli w procesie rozdrabniania. Świat z rozmysłem zawęził odpowiedzialność. Jeżeli chcemy wrócić do źródeł, kwestia: czy każdy może być filozofem, musi się stać częścią kwestii szerszej: czy każdy może uczestniczyć w cnotach arystokratycznych. Jest to problem mądrości i samokontroli. Istniały społeczeństwa, w których znaczna część ludzi miała dostęp do ogólnej odpowiedzialności. Działa to jak przeciwwaga dla opisanych tendencji psychopatycznych.” (str. 72-73)

„Wraz ze wzrostem uprzemysłowienia” typ człowieka mężnego, odpowiedzialnego, patrzącego szeroko „został wyeksploatowany, a następnie, z tego powodu, wzgardzony. Wrodzona godność staje się staromodna, a silna wola jest często przeszkodą na drodze postępu ekonomicznego.  Ten rodzaj hierarchii społecznej, który opisaliśmy jako odbijający wiedzę o wartościach, został zniesiony. Zastąpiła ja struktura złożona na dole z masy pracowników i na górze z małej grupy elitarnej (…) Pracownicy raczej nie powinni wiedzieć, co produkują, a menedżerowie raczej nie powinni o to dbać. Podział pracy może się stać tak drobiazgowy, że pojedynczy człowiek nie potrafi już uchwycić skutków etycznych swej funkcji (…) Kiedy połączymy organizację przemysłową ze współczesną biurokracją polityczną, otrzymamy potwora o przerażających cechach. W takim systemie państwo nie tylko odbiera męstwo swym obywatelom, ale dodatkowo czyni z nich przestępców.” (str. 74)

„Słyszało się plotki, że wśród światowej elity związanej z badaniami atomowymi było tylko kilka osób, które odmówiły uczestnictwa w operacji tak przeciwnej kanonom cywilizacji. Ich imion nie sławiono. Chwała im za to, że wznieśli się ponad specjalizację, ale by to uczynić, musieli rozważyć cele. Robotnicy uczestniczący w tym ogromnym przedsięwzięciu nie mieli takiej możliwości (…) w ten sposób współczesna organizacja polityczna i przemysłowa, nieracjonalna hierarchia, czyni z obywatela etycznego eunucha. (…) Skorumpowane biurokracje gardzą ludźmi, w których imieniu tak nabożnie przemawiają. (…) Konkluzja, tak przykra dla demokracji, że mądrość, a nie popularność, kwalifikuje do rządzenia, może spaść na nas poprzez niebezpieczeństwo energii atomowej. Mądrość zaś nie leży na peryferiach. (str. 75)

„…możemy spostrzec stały trend do rozdrobnienia i nieodpowiedzialności. Kiedy system produkcji staje się >>funkcjonalnie zracjonalizowany<<, pracownik zmuszony jest do oddania zarówno wolności, jak i inicjatywy. Jak długo porządek polityczny pozostaje ustabilizowany, tak długo może on utrzymać swe istnienie podobne do istnienia robota. Kiedy jednak porządek ten się załamie i robotnik z powrotem będzie zmuszony do polegania na własnej zaradności, okaże się, że jego zaradność zmalała. Nie przyzwyczajony do orzekania czegokolwiek na temat celów i powiązań własnej pracy, nie potrafi myśleć w kategoriach wystarczająco rozległych, by objąć całą sytuację. Wymuszona nieodpowiedzialność stała się czynnikiem patologicznym, ponieważ ciężar odpowiedzialności jest ostatecznie najlepszym sposobem zmuszenia człowieka do uczciwego myślenia. Jeśli się go skłoni do odczucia, że odpowiada za wyniki, spokojnie patrzy na sytuację i usiłuje odkryć, co w niej jest rzeczywiście prawdziwe. Oto dyscyplina. Ale jeśli już dawno rozgrzeszyło się go z obowiązku myślenia, popadnie w poczucie bezradności i paniki, kiedy spadnie na niego konieczność jego podjęcia.” (str. 76)

„Przynajmniej częściową przyczyną nadzwyczaj niestabilnego charakteru naszego świata politycznego jest tłumienie uczuć. (…) Rozdział, jakiego Niemiec był w stanie dokonać pomiędzy fragmentem technologii, którym się zajmował, a politycznym programem, w który wlewał swoje uczucia, wiele wyjaśnia. Osoby przybywające do Niemiec po upadku III Rzeszy donosiły o przesłuchiwanych naukowcach, którzy mówili: >>Cóż ja mam wspólnego z polityką? Jestem technologiem<<. Niemożliwe, żeby tacy ludzie mieli poczucie winy.” (str. 76-77)

„…modernizm jest esencją prowincjonalizmu, ponieważ odmawia spojrzenia poza horyzont chwili”, co osłabia pamięć. „…ludzie zbuntowani przeciwko pamięci jednocześnie pragną żyć bez wiedzy. Z ich postępowania możemy rzeczywiście wywnioskować, że działają bardziej niż inni na podstawie instynktu i uczuć. Szczere spojrzenie w przyszłość jest nieprzyjemne dla słabych na umyśle, bo daje ostrą lekcję ograniczeń i konieczności odpłaty. Bolesne lekcje z przeszłości, które chcielibyśmy zapomnieć, są z kolei niezbędne, aby mieć punkt odniesienia. (…) ci, którzy nie potrafią pamiętać przeszłości, są skazani na jej powtarzanie. (…) ludzie bliscy ziemi mają dłuższą pamięć niż masy żyjące w miastach. Tradycje na wsi trwają przez pokolenia; czyny dziadków są dla wnuków rzeczywiste. Można o nich powiedzieć, że przyswajają lekcję. Prowincjusz w czasie widzi, że interpretacja przeszłości wymaga refleksji i uogólnienia, które wynosi go poza [obecną] chwilę. Lgnie on do [swojego] fragmentu czasu. (…) Koncentracja na chwili stanowi kolejny element obsesji.” (str. 77-78)

Egotyzm w pracy i sztuce

[egotyzm = przesadne zajmowanie się własnymi: osobą i przeżyciami; kreowanie korzystnej opinii o własnej osobie]

„Kiedy się patrzy na współczesnego człowieka i widzi, jak niezliczoną ilość razy prezentuje swą nieodpowiedzialność i nieposłuszeństwo, można zauważyć (…) – ogromny egotyzm (…) będący kolejna formą rozdrobnienia (…) Ponieważ w warunkach współczesnej wolności człowiek myśli tylko o swych prawach, nie odnosi on swych działań do zewnętrznego porządku obowiązków.” (str. 79-80)

„Grzech egotyzmu zawsze przybiera formę odłączenia. Kiedy osobista przewaga staje się najważniejsza, jednostka wyłącza się ze społeczeństwa. Nie mamy tu na myśli państwa z jego aparatem przymusu, ale społeczeństwo duchowe, w którym ludzie powiązani są na płaszczyźnie uczucia i sympatii (…) Takie odsunięcie się, któremu nadano mylące imię oświeconego egoizmu, i które jest dość często naśladowane dzięki pragnieniu bycia „równym”, atomizuje dzisiejsze społeczeństwo. (…) Rozmaite deklaracje niepodległości dały [człowiekowi] wolność od wszelkich ograniczeń. Zaraza, jaka spadła dzisiaj na wszystkie rodzaje relacji międzyludzkich, musi być przypisana temu właśnie psychologicznemu, a nawet fizycznemu odsunięciu się od solidarności. W sposób nieunikniony konsekwencją tego stanu rzeczy jest wzrost samolubstwa. (…) >>Ja<< staje się dominujące, a cały świat doznaje zakłócenia.” (str. 80)

„Jak Platon zauważył: >>Nadmierna miłość siebie jest w rzeczywistości dla każdego przyczyną wszystkich grzechów, ponieważ kochanek ślepy jest na wady umiłowanej, tak że błędnie sądzi o sprawiedliwości, dobru, szlachetności, i myśli, że zawsze winien wynosić swoja własna korzyść ponad prawdę. Jednocześnie zapatrzenie w siebie łączy się z procesem odcinania się od >>realnej<< rzeczywistości i – co za tym idzie – od harmonii społecznej.” (str. 81)

„Pęknięcie w teorii nauki, jakie miało miejsce w czasach renesansu, stanowi wystarczającą przyczynę tej formy ignorancji, którą zwiemy egotyzmem. Według poglądu na świat, jaki posiadali średniowieczni uczeni, droga zdobywania wiedzy była drogą obniżania własnej wartości. (…) Przeciwstawna koncepcja wkroczyła w dzieje wraz z Baconowskim hasłem >>wiedza jest potęgą<<. Jeśli celem wiedzy jest dominacja, trudno przypuszczać, aby jej posiadacze z obojętnością przyjmowali swoja rolę. Wręcz przeciwnie, zaczynają pęcznieć – poszukują triumfów w świecie materialnym (…), to z kolei nadyma ich egotyzm (…)”. Tak „wiedza przestała być środkiem duchowego odkupienia i stała się bazą dla intelektualnej dumy”. (str. 81-82)

„Jeśli nie ma prawdy, nie ma żadnej konieczności. Ta obserwacja może posłużyć za wskaźnik pozycji współczesnego egotyka. Stawszy się niezdolnym do mądrości, staje się także niezdolny do pracy – w tym sensie, w jakim każda praca jest przenoszeniem ideału z potencjalności do aktualności. (…) Współczesny pracownik, poza rzadkimi przypadkami, nie reaguje na ideał wykonując swe zadanie. Zanim nastał wiek fałszu, utrzymywano, iż poza każdą pracą stoi jakaś koncepcja jej doskonałego wypełnienia. Ta właśnie idea dawała zapał do pracy i stanowiła miarę osiągniętego sukcesu. (…) Robotnik pracował ciężko nie tylko po to, aby uzyskać środki do życia, ale także, aby zobaczyć wcielenie owego ideału w swym dziele. Dumę rzemieślnika dobrze obrazuje powiedzenie, że pracować to znaczy modlić się, gdyż świadomy wysiłek zrealizowania ideału jest pewnym rodzajem pobożności. Dawny rzemieślnik nigdy się nie spieszył, ponieważ doskonałość nie liczy się z czasem, a tandetna praca jest hańbą dla charakteru. (…) Odkąd na tronie zasiadł utylitaryzm, a robotnika nauczono, że praca jest użytecznością a nie modlitwą, zainteresowanie jakością zaczyna się obniżać. (…) Nowoczesna organizacja pracy wbiła klin pomiędzy pracownika i jego produkt! (…) Co się stało z honorem pracy [?] Uległ tym samym siłom, które zwyciężyły inne przejawy honoru.” (str. 82-83)

„Seria wydarzeń, które wyniosły klasę średnią na pozycję dominującą, pozwoliła jej nie tylko na określenie warunków pracy, ale także na ukształtowanie świata dyskusji ekonomicznej. Tutaj zaczyna się historia współczesnego robotnika. Znalazłszy się w konflikcie z wyzyskującym i nieodpowiedzialnym burżujem, świat pracy nie znalazł innego wyjścia, jak skorzystać właśnie z burżuazyjnej filozofii i dokonać przeciwuderzenia. Organizacje robotników przystały na to i zaakceptowały w swej praktyce ideę, że praca jest towarem, kiedy wprowadziły kapitalistyczną technikę ograniczania produkcji dla utrzymania ceny. Kupowana i sprzedawana przez (…) handlarzy praca nie pozwala odczuwać świętości zadania. Interes pracownika staje się interesem komercjalizmu jako takiego: jak dużo można uzyskać wkładając jak najmniej.” (str. 83)

„(…) gdy zaczyna dominować egotyzm, a ludziom przyklaskuje się za sprzyjanie najpierw własnym interesom, polityka i filozofia muszą opuścić pole gry.  Praktyka pokazuje, że klasy średnie dopomagają w rozszerzaniu infekcji. Jakkolwiek by nie było, konsekwencją jest rozbicie społeczeństwa, pogłębiające się aż do kompletnego chaosu.” (str. 84)

„Egotysta nie myśli o podporządkowaniu siebie celowi, ale o podporządkowaniu celu sobie. Takie odwrócenie ról czyni niemożliwym właściwy podział wynagrodzenia, gdyż jedynie wówczas, kiedy praca widziana jest w kontekście wywiązania się ze swego obowiązku, może zaistnieć racjonalne oszacowanie nagrody. Wiemy, jak wynagrodzić cieślę jako cieślę, nie wiemy, jak wynagrodzić egotystę, który przychodzi z zapewnieniami, ile to on jest wart. Zapłata za pracę, która odzwierciedla jedynie wynik swoistego przeciągania liny,” wypada niejako poza system. „W ten sposób, wskutek procesu dezintegracji, świat pracy został umieszczony w pozycji, na której musi walczyć przeciwko innym grupom w sposób nie mogący przynieść przewagi żadnej ze stron. (…) Każdej grupie została dana wolność, a nawet pokusa pomagania sobie kosztem innych grup. (…) Burżuazja zdradziła społeczeństwo poprzez kapitalizm i gospodarkę finansami, a dziś zdradza je (…) świat pracy, przejąwszy zasadę, iż liczy się tylko zysk, a nie obowiązek ani honor w pracy. (…) Najgorszą przysługą (…) było odrzucenie związku pomiędzy wysiłkiem a nagrodą.” Taki stan „zapoczątkował erę egoistycznego współzawodnictwa, w którym nawet sabotaż jest dopuszczalny”. (str. 84-85)

Pracownik „może być wprawdzie zatrudniony przez kogokolwiek, ale w działaniu powinien być kierowany przez autonomiczny ideał swego zadania. (…) Egoistyczni obywatele są współzawodnikami – pragną przewyższyć jedni drugich i uniknąć wymagań stawianych przez ludzi teoretycznie im równych. Większość wysiłków współczesnych polityków zmierza do przekonywania nas, że ludzie służą najlepiej służąc jedni drugim.” Ale „służba innym jest najlepszą służba tylko wtedy, gdy wysiłek wszystkich podporządkowany jest idei transcendentnej. Wynagrodzenie materialne tego nie zapewnia, dlatego (…) [politycy] próbują zmusić ludzi do zaakceptowania siebie nawzajem jako nadzorców.” (str. 86)

„…starodawny moralny nakaz pracy niknie, kiedy patrzmy na nasze zadanie jako na coś wyznaczonego przez ludzi (…) doktrynę powołania zastąpiono (…) [terminem] >>usługi<<. Usługę czyni się (…) jako spełnienie żądań konsumenta. A któż czci osoby będące na szczycie hierarchii konsumpcji? Człowiek, jako zwierzę konsumujące, przestaje w ten sposób wystarczać.” (str. 86-87)

„…ludzki egoizm uniemożliwia taki rodzaj organizacji życia, który pozwala człowiekowi prosperować. Kiedy stawia on siebie na pierwszym planie, zyskuje pyrrusowe zwycięstwo. Jedynym sposobem dania mu czegokolwiek trwałego jest umieszczenie go w systemie, w którym może się spotkać sposobność z umiejętnością. A tego nie można uczynić rozważając najpierw egoistyczne żądania. Taka krótkowzroczność niszczy system podtrzymujący społeczeństwo. (…) Egoizm pracy sprawia, iż coraz bardziej natarczywy staje się problem: co może zapewnić wystarczającą dyscyplinę, aby skłonić ludzi do produkowania? Jeśli każdy staje się swym własnym nadzorcą i patrzy na pracę jak na przekleństwo, które znosi tylko dlatego, że musi uzyskać środki do życia, to czyż nie będzie stale dążył do jej unikania? (…) socjalistyczne rządy w Europie, widząc spadek produkcji, rozpoczęły stosowanie systemu pracy akordowej. Gdzie indziej otwarcie robi się użytek z wojny lub strachu przed wojną, aby utrzymać robotników przy pracy. (…) W ten sposób okazuje się, że duch egoizmu, który sprawił, iż robotnik zaczął myśleć tylko o powiększeniu swego zysku, jest najpoważniejsza zachętą dla tyranii siły w świecie Zachodu. Takie więc są konsekwencje, kiedy egoizm zaczyna wpływać na tę codzienną służbę, jaka jest praca.” (str. 87-88)

Z kolei część artystów „poszukiwała ocalenia w formie. (…) Forma stała się obsesją. Dobrowolne uwięzienie w formie jest jednym ze środków unikania ciężkiej odpowiedzialności, która zawsze się wiąże z całkowitą świadomością jednostki i jej poglądem na przeznaczenie człowieka. (str. 91)

„Jak daleko sięga negatywna idea wolności, idea >>wolności od<<, sprawa jest tak jasna”, jak to, że nowe nurty w sztuce i muzyce to sfera nie harmonii, lecz „upojenia. Wyższe centra uporządkowania zostały zniszczone po to, by już nic nie mogło powstrzymać naszych instynktów w pijanym tańcu.” Nowa „mentalność (…) jest symptomatyczna dla dezintegracji. Kiedy kultura staje się zunifikowana na poziomie wyobraźni, jednolitość ta wpływa na kondensację egoizmu wśród członków społeczności. „ (str. 95-97)

„…artyści jako pierwsi spostrzegają, iż subiektywizm i egoizm tworzą ślepy zaułek. (…) Inne ofiary choroby błądzą po omacku posługując się instynktem lub za wszelka cenę próbują racjonalizować swe ogromne pomyłki.” Wszystko to razem „świadczy o psychicznym nacisku na obalenie wszelkiego porządku. (…)  Egotyzm w pracy i sztuce jest zwieńczeniem (…) herezji o przeznaczeniu człowieka. Jego odraza do dyscypliny i formy łączona jest zwykle z oznakami >>postępu<<. Jest to postęp dla tych, którzy ani nie mają poczucia kierunku, ani nie chcą odpowiedzialności. Herezja ta mówi, że przeznaczeniem człowieka w świecie nie jest doskonalenie siebie, ale zmysłowe użycie.” (str. 99)

„Kiedy masy ludzkie osiągają punkt, w którym egoizm tak miłościwie panuje, czyż ich polityczny upadek nie jest bliski? Ludzie odrzucili, bowiem, swoją jedyną rękojmię przeciwko zewnętrznej kontroli, to znaczy – samokontrolę, wyuczoną i praktykowaną.  Już nie poważają społeczności, nie kierują swych wysiłków zgodnie ze wspólnym porozumieniem. Rozchodzą się. (…) To właśnie zarozumiałość egoizmu sprawia, że ludzie stają się niezdolni do filozoficznej anarchii, do której wydaje im się, że dążą. Stary aksjomat polityki naucza, że zepsute ludy wabią despotów. Ich niezdolność do utrzymania wewnętrznej dyscypliny rodzi jakąś zracjonalizowaną organizację w służbie pojedynczej potężnej woli.” (str. 100)

Wielki stereoptikon

„Problem, który dezintegracja rzuca człowiekowi praktycznemu stojącemu na straży państwa, instytucji i przedsięwzięć gospodarczych, sprowadza się do pytania: jak nakłonić do wspólnego działania ludzi, którzy już nie mają wspólnych idei dotyczących rzeczy najbardziej podstawowych?” Kiedyś „cała grupa była świadoma zasadniczego kierunku, który wyposaża we wzorce dla oceny wartości. Kiedy jednak celem życia staje się samorealizacja, taki proces zanika.” (str. 101)

„Pozwolono odejść religii, ale zastąpiono ją edukacją (…) Rozdzielenie edukacji od religii, jedno z najdumniejszych osiągnięć współczesności, jest jedynie dalszym ciągiem procesu oddzielania wiedzy od metafizyki. A edukacja tak spreparowana może zaspokajać potrzeby indoktrynacji. (…) Establishment (…) skonstruował (…) maszynę, którą nazwiemy Wielkim Stereoptikonem. Zadaniem tej maszyny jest projekcja wybranych obrazków z życia w nadziei, że człowiek będzie naśladował to, co zobaczy. My wszyscy (…) siedzimy na widowni. Mówi się nam, kiedy mamy się śmiać i kiedy płakać. (…) Widownia staje się coraz bardziej czuła na wskazówki. (…) Współczesny człowiek (…) widzi wydarzenia dnia rozszczepiane przez ośrodek, który koloryzuje je (…) efektywnie.” (str. 102)

„Wielki Stereoptikon (…) był z czasem udoskonalany i rozbudowywany, aż dziś stał się maszyną trzyczęściową: gazetą, ruchomym obrazem i radiem. Razem prezentują one wersję życia prawie tak kontrolowaną, jak ta wyznawana przez średniowiecznych” dewotów. (str. 103)

„Jest całkiem możliwe, że w Dobrym Społeczeństwie człowiek nie będzie już tak uzależniony od słowa pisanego. (…) Wiara pokładana w słowie drukowanym wyniosła dziennikarzy do rangi wyroczni, ale czyż można sobie wyobrazić lepszą ich charakterystykę niż ten fragment Fajdrosa: >>będą się wydawać wszechwiedzący, a nie będą wiedzieć nic zgoła; będą nudni, posiadając opinię mędrców, oderwani od rzeczywistości<<.” (str. 105)

Staje „przed nami pytanie o intencje magnatów prasowych. Wiele mamy dowodów na to, iż współczesne publikacje pragną ograniczyć dyskusję do minimum. (…) Zachęca się ludzi do czytania, w nadziei, że pochłoną darowane im informacje. (…) istnieje technika przekazu z wynikającymi z niej wartościowaniami. Ma ona większy wpływ na myślenie przeciętnego człowieka niż on sam przypuszcza. Istnieją także stereotypy całych zdań. Są one uważnie wybierane, aby nie pobudzały do refleksji, ale by prowokowały do typowych reakcji aprobaty lub dezaprobaty. Tytuły i reklamy roją się od nich. (…) Tak więc dziennikarstwo (…) oczarowuje hipnozą i straszy, że odmowa rozmowy z nim wyklucza z grona ludzi myślących.” To oznacza „konieczność edukacji. (…) Zanik sztuki konwersacji doprowadził do zniszczenia praktykowanej dialektyki. W konsekwencji tego wzrasta poziom łatwowierności.” (str. 105-106)

„Jest jeszcze inna okoliczność, która rodzi poważne wątpliwości co do wkładu dziennikarstwa w dobro wspólne. Gazety są pod silnym naciskiem konieczności zniekształcania prawdy w celu przyciągnięcia uwagi. (…) Działa [też] o wiele bardziej podstępny nacisk w kierunku przesady i koloryzowania. Nie da się uciec przed faktem, że gazety [media] najlepiej zarabiają na utarczkach słownych i konfliktach. (…) Za historią z pierwszych stron prawie zawsze ukryta jest jakaś walka. (…) truizmem jest zatem stwierdzenie, że gazety z rozmysłem rozpoczynają i przedłużają kłótnie. (…) kreują one antagonizmy, których istnienia nikt wcześniej nie odczuwał. (…) W (…) sensacyjnych publikacjach ten duch namiętności i gwałtu, objawiany w swoistej lekkomyślności stylu, (…) wślizguje się do samego języka.” Prasa „>>wydaje się wyraźnie obmyślona przez wielkiego ducha niezgody w celu poniżenia i zniszczenia wszystkiego, co dobre, oraz wyniesienia wszystkiego, co jest złe w narodzie. Niewielka dawka prawdy jest zwykle przytaczana niezdarnie, osłabiana i zamieniana w fałsz poprzez osobiste wycieczki, podczas gdy ci, którzy żerują na kłamstwach, błędnych pojęciach, wrogości, podziałach i intrygach, znajdują w prasie taki właśnie instrument, jaki szatani wymyśliliby zapewne, aby wypełnić swoje plany<< (J.F.Cooper)”. (str. 106-107)

„Rosjanie (…) wyciągnęli stąd wniosek, że wolność inicjowania konfliktów nie jest jedną z należnych człowiekowi wolności. (…) pozostaje do zbadania, czy zachodnie demokracje ze swoimi potężnymi siłami dzielącymi społeczeństwo zdołają utrzymać przyzwolenie na rzeczywistą wolność prasy. (…) pojawiają się oznaki, że czasy tej wolności już się skończyły. Możemy zaobserwować cichy wzrost tego zjawiska w postaci pojawienia się funkcji rzecznika prasowego i specjalisty do spraw public relations. (…) Zakłada się biura prasowe, w których ludzie biegli w propagandzie przygotowują odpowiednią wersję wydarzeń i preparują informacje (…) biura takie przekształcają się w biura cenzorskie (…) …tam, gdzie wchodzi w grę interpretacja, decydująca jest kontrola źródeł informacji. (…) Praktyka ta staje się powszechna; nie tylko ministerstwa i przedsiębiorstwa, ale nawet uniwersytety doszły do wniosku, że wolność dostępu do informacji jest kosztowna i krępująca.” (str. 108-109)

„Czyż nie jest to wywrócenie wszelkiego sensu, gdy słyszymy relacje obfitujące w nieszczęścia, a zaraz potem komedię variete z tanim dowcipem i wyreżyserowanymi oklaskami”[?] (…) Tutaj następuje ostateczny upadek wartości, (…) codzienne mechaniczne druzgotanie hierarchii.” (str. 111-112)

„Radio jest (…) idealnym instrumentem dla wykorzeniania myśli o uczestnictwie. (…) Czy można znaleźć lepszy środek do zamiany całych społeczności w niemych odbiorców?” (str. 113)

„Obsługa Stereoptikonu, przez samą selekcję materiału, objawia przerażające założenia (…) Dla widowni – szlachetne sklepienie staje się rodzajem smrodliwej chmury rodzącej konflikty, degradację i zwierzęcość. Jakaż osoba pełna afirmacji życia zaprzeczy, że świat serwowany codziennie przez prasę, kino [+ TV] i radio jest światem zła i negacji (…), cynizmu i brutalności [?] A taka jest oferta materialistów.” (str. 113)

Oto widzimy „dogmat o postępie, (…) niepokój, poddawanie się woli większości i zabieganie o popularność. Fakt, iż kapitalizm wydaje się kwitnąć tylko poprzez ekspansję, jest z tym niewątpliwie powiązany (…) Kamień probierczy postępu służy w tym wypadku za wzorzec i szkoli miliony ludzi w płytkim wartościowaniu. (…) W obrazie świata oferowanym przez agencję prasową życie oznacza raczej dom, pracę, jakieś nieszkodliwe hobby (…) oraz silną antypatię do idei abstrakcyjnych. Jest to filistyńska wersja człowieka goniącego za szczęściem. (…) Obsługa Wielkiego Stereoptikonu ma pewien interes, by nie umożliwić ludziom przedostanie się do głębszych znaczeń. (…) Zwykły człowiek od czasu do czasu podejrzewa, że pod jego codzienną rutyną kryją się otchłanie znaczeń. Spowodowanie, że zda sobie z tego sprawę (…) mogłoby łatwo zagrozić fundamentom cywilizacji materialistycznej. Nic więc dziwnego, że doświadczeni pracodawcy poszukują żonatych i trzeźwo myślących, ponieważ inni zaczynają się czasem zastanawiać, która rzeczywistość jest realna.” (str. 114-115)

„Spekulacje dziennikarskie rzadko wychodzą poza granice interesu i poprawności. Szybko atakuje się tych, którzy ujawnią się z niewygodnymi poglądami (…), zwłaszcza, gdy się okaże, że poglądy te zawierają jakąś konieczną prawdę. (…) Potwierdza się obserwacja Sokratesa, że społeczeństwo zaczyna odczuwać lęk wobec mądrości jednostki w chwili, gdy zaczyna ona przekazywać mądrość innym. Innymi słowy: boi się ono rozprzestrzeniania tego, co daje prawda i rozum. (…) Właściciele Stereoptikonu doskonale wiedzą, jaki poziom należy utrzymać, aby myślenie było bezpieczne dla ustalonego porządku. Chronią oni materialistyczną cywilizację, która staje się bezbronna i strachliwa, gdy tylko świadomość przeniknie przez pokrywę czeluści. W ten sposób – kładąc nacisk na dogmat o postępie przez ukazywanie dobrobytu fizycznego jako celu życia (…) – Wielki Stereoptikon nie pozwala zwykłemu obywatelowi odczuć >>marności jego buchalterii i pustki jego domowych ucieszeń<<.” (str. 115-116)

„…izolacja poprzez technologię uczyniła zadanie szerzenia mądrości jeszcze trudniejszym niż za dni Platona. (…) W wieku zdominowanym przez materializm wydaje się zupełnie naturalne, że władza winna należeć do posiadaczy. Jaką szansę dzisiaj (…) ma uliczny kaznodzieja, bez środków i bez sponsora, w walce z płynnymi twierdzeniami radiowej [i telewizyjnej] wyroczni? Mieszkańcy jaskini nigdy dotąd nie byli tak mocno skrępowani, jak w naszym wieku, używającym wolności jako natrętnego refrenu.” (str. 117)

„Nie ma (…) powodu, by sądzić, iż głębokie rozczarowanie płycizną zachodniego życia zostało usunięte lub chociaż złagodzone. I dlatego właśnie zastanawiamy się, jak długo Stereoptikon potrafi zachować ten próżny świat…” (str. 119)

„…massmedia sprzeciwiają się rozważnej kompozycji i w ten sposób wprowadzają opisane przez nas rozdrobnienie. Nieco wcześniej widzieliśmy już, w jaki sposób specjalizacja jest wroga wszelkim rodzajom organizacji (…) Materializm i sukces wymagają >>zdekomponowanej wieczności<< czasu dla swych działań i dlatego doświadczamy tych utajonych, ale natarczywych ataków na pamięć (…) Czyż mamy dalej przytaczać dowody dzisiejszej odrazy dla długich wspomnień i nienawiści do przeszłości?” (str. 119-120)

„Niezmienny strumień sensacji, wychwalany jako żywe propagowanie tego, co publiczność chce usłyszeć, zniechęca do łączenia wypadków przeszłości w jedną, podlegająca refleksji całość. (…) Od tego, czy przeszłość obecna jest w teraźniejszości, zależy całe postępowanie kierowane przez mądrość. Bez wątpienia, ten stan umysłu jest ważną przyczyną niskiej moralności politycznej naszego wieku. (…) Wesołość, z jaką się mówi: >>to stara historia<< o rzeczach, które umknęły z pola widzenia, stanowi przejaw tego barbarzyńskiego nastawienia. Człowiek kultury uznaje całą przeszłość za ważną; mieszczanin i barbarzyńca uznaje za istotne tylko to, co posiada jakieś narzucające się powiązanie z jego pragnieniami. (…) Stwierdzenie Henry Forda, że historia to banialuki, jest (…) obserwacją mieszczańskiego przemysłowca. Inny powiedział potem: >>precz z wiarą<< – technologia wyzwala nie tylko od pamięci, ale także od religii. (…) Z powodu przesycenia fałszem zrodzonym z techniki i komercjalizmu radujemy się z powrotu do pierwotnych doznań.” (str. 120-121)

Psychika zepsutego dziecka

Człowiek, uczony „mniej więcej od czterech wieków, że zbawienie leży w podboju natury[,] oczekuje, że zbawienie będzie łatwe do osiągnięcia.” Tak tylko „możemy wyjaśnić powszechną w masach wielkomiejskich psychikę zepsutego dziecka. (…) fałszywi propagandziści powiedzieli, że nie ma nic, czego nie mógłby mieć. (…) zepsutemu dziecku ustąpiono w wystarczającej ilości spraw, by myślało, że może otrzymać, co tylko zapragnie – narzekając i żądając. Nie jest to nic więcej jak kolejna faza rządów namiętności. Zepsutego dziecka nie nauczono widzenia związku między wysiłkiem a nagroda. Chce ono rzeczy, ale konieczność zapłaty za nie uznaje za coś narzuconego lub za przejaw złośliwości tych, którzy tego żądają. W końcu (…) lży tych, którzy mu nie ustąpią.” (str. 123)

„Kiedy (…) uczy się ludzi, że szczęście osiągalne jest w świecie ograniczonym do powierzchni, doprowadza się ich do tego rozczarowania i resentymentu, które legły u podstaw masowej psychozy faszyzmu. Mieszkańcowi miasta powiedziano, że świat jest ograniczony, skoro więc nieograniczone siły wkraczają, by położyć kres jego idylli, w naturalny sposób doznaje frustracji. (…) Przyjrzyjmy się zwykłemu człowiekowi żyjącemu w Megalopolis. Stereoptikon odgrodził go od widzenia czeluści, więc odbiera świat jako całkiem prostą maszynę (…) Poruszając się, maszyna ta wyrzuca z siebie komfort i wszelkie inne przyjemności, które według demagogicznych przywódców należą się człowiekowi.” A że każda maszyna czasem się psuje, „dzisiejszy człowiek uświadamia sobie, że staje wobec znoju i trudności. Ponieważ nie tak miało być, podejrzewa spisek i obiera dziecinny sposób oskarżania innych (…) nikt mu nigdy nie pokazał, co to znaczy być człowiekiem. Że człowiek kształtuje się poprzez karność i pracowite dążenie, że powinien dziękować tym, którzy go popychają i pociągają, dzięki czemu może wzrastać (…) Obywatel nasz jest teraz dzieckiem pobłażliwych rodziców, którzy zaspokajają jego zachcianki i pogłębiają jego egoizm, aż wreszcie przestaje być gotowe do jakiejkolwiek walki.” (str. 124-125)

„…zepsucie człowieka zawsze zaczyna się wtedy, gdy życie miejskie zdobywa dominację nad wiejskim”, gdy „powoli zapomina on o wszechogarniającym misterium stworzenia. To normalny stan ludzi wykorzenionych. (…) Gdyby człowiek zdawał sobie sprawę z czegoś większego niż własne >>ja<< i widział cnotę w podporządkowaniu się wspólnemu przedsięwzięciu – widział cnotę, a nie tylko poddawał się przymusowi – pozostałby nie zepsuty nawet w mieście. (…) w dziedzinie ducha jak i ciała, okazało się, że miasto czyni człowieka bezpłodnym. (…) Miasta ośmielają człowieka do wierzenia, iż jest wyższy od ograniczeń natury, nauka natomiast ośmiela go do wierzenia, że jest zwolniony z obowiązku pracy. W efekcie mówi się współczesnemu człowiekowi, iż od świata należy mu się utrzymanie. Miasto go ochroni a nauka go podtrzyma – czegóż więcej wymaga marzenie utylitarianizmu? Jedyny wniosek, jaki wysnuje z tego człowiek, to przekonanie, że praca jest przekleństwem. (…) biblijne przekleństwo przestanie działać, gdy człowiek nie będzie już musiał zdobywać chleba w pocie czoła.” (str. 125-126)

„Jakże oczywisty teraz staje się zanik idei misji. (…) nie ma żadnych celów pracy takich jak te, które przyświecały budowniczym katedr. Kiedy jednak człowiek nie widzi siebie w relacji do powinności, rozciąga się przed nim tylko wierutne samopobłażanie i samopogarda, niechybnie przeradzająca się w prawdziwą chorobę. Ożywienie na powrót starożytnej prawdy, że praca jest terapią, pozostało w naszych czasach zniewieściałej religii zadaniem autorytetów medycznych. (…) Oto sekret niecierpliwości człowieka masowego okazywanej wobec ideałów. Z pewnością nie ma na świecie niewinniej wyglądającej formy rozpusty niż czczenie wygody.” (str. 126)

„Kiedy usiłujemy przywrócić wartości, gwałtownie potrzebujemy uwydatnienia faktu, że nie ma żadnego związku pomiędzy stopniem doznawanej wygody a osiągnięciami jakiejś cywilizacji. Wręcz przeciwnie, odpoczynek jako forma spędzania czasu jest jedną z najpewniejszych oznak trwającego lub nadciągającego upadku. (…) Kultura składa się w rzeczywistości z wielu drobnych rzeczy. Nie są nimi poręcze foteli i miękkie łóżka ani ekstrawaganckie urządzenia kąpielowe. Przedmioty te troszczą się przecież o zmysły, a kultura dotyczy wyobraźni.” (str. 127)

Kult wygody „zwraca uwagę wyłącznie ku rzeczom przemijającym i w ten sposób osłabia ludzką efektywność. (…) gorzej gdy się okaże, że skłonność do komfortu czyni nas niezdolnymi do przetrwania! (…) zapytajmy, czy kult komfortu nie wynika w sposób konieczny z utraty wiary w idee i czy skutkiem tego nie powoduje społecznej demoralizacji? (…) Kiedy jakiś naród odrzuca ideały, reaguje na ukłucia pragnień jak zwierzę na ostrogę. To jednak (…) nie zastępuje systematycznej pracy służącej ponadosobowym celom.” (str. 128)

„Wielkie idee nie karmią się miłością wygody, a jednak nauka wciąż wmawia masom, że przyszłość będzie lepsza, ponieważ wkrótce poprawią się warunki życia. Wraz z tą poprawą męska cnota bohaterstwa staje się (…) absurdalna i staroświecka.” (str. 128-129)

„…nawet Kościół katolicki odwrócił się od ascezy i rygorystycznej moralności Ojców Kościoła, by zaakceptować pewien stopień pragmatycznej przychylności dla świata. (…) Opisana tendencja trwa, a w nowożytnych dokumentach, takich jak Cztery Wolności, widać wygodę i bezpieczeństwo wcielone w kanony prawa.” (129-130)

„Ten, kto pragnie coś osiągnąć, nie pyta, czy siedzenie jest miękkie ani czy temperatura powietrza jest przyjemna. To oczywiste, że warunkiem heroizmu jest pewna twardość charakteru. Wysiłek, samozaparcie, wytrwałość – oto, co czyni bohatera. Dla zepsutego dziecka kojarzą się one tylko ze złem natury i niegodziwością ludzką.” (str. 130)

„Wojna o nieograniczonych celach, którą zaczęły prowadzić państwa demokratyczne, może być wytłumaczona przez gniew, jaki poczuły, gdy została zakłócona wygoda i obnażony chwiejny charakter ich świata. (…) Tyle o fizycznym konflikcie; teraz musimy się zatrzymać i zapytać, czy psychika zepsutego dziecka nie czyni nas niezdolnymi także do walki politycznej, tak nieubłaganie dzisiaj groźnej. (…) Ze swym ideałem szczęścia uzyskiwanego przez wygodę ludzie Zachodu wypatrują z nadzieją ery życia niezakłóconego, w którym postęp, którego domaga się ich metafizyka, przybierze formę całkowitego podboju natury.” Niektórzy, np. komuniści „widzą świat w stanie potężnej ewolucji, w trakcie której abstrakcyjne prawa jednostek i narodów ustępują przed nieubłaganymi procesami. Oto główna przyczyna, dla której >>błękitne niebo<< zachodnich liberałów jest tak ryzykowna wizją. (…) Sowiecki komunizm (…), pomimo swego ostentacyjnego powiązania z materializmem, wydał z siebie zespół idei o przerażającej potędze ekspansji. Właśnie ta narastająca klęska w walce o zwolenników zakłóci w końcu równowagę i doprowadzi liberalizm do utraty rozeznania i do paniki. (…) Stany Zjednoczone, które posiadają rzekomo dziedzictwo wartości i ideałów, gorączkowo wznoszą barykady z pieniędzy na całym globie.” (str. 131-132)

”Niepodobna, zatem, aby era pogodnego życia, którą obiecują nasi naukowcy i specjaliści od reklamy, spełniła się bez żadnych warunków wstępnych. (…) pozostało tylko kwestią czasu, czy Zachód pozwoli, by komfort osłabił go do tego stopnia, że klęska będzie nieuchronna (…) ludzie Zachodu, zabezpieczając się (…), zamienią wiele ze swej własności i władzy na armie i biurokrację. (…) Wtedy indywidualizm nieomal zaniknie. Jednostce będzie się mówiło, że państwo działa na rzecz zagwarantowania jej wolności, i w pewnym sensie tak będzie, ale aby tego dokonać, państwo musi zakazać indywidualnych swobód, a nawet indywidualnej odpowiedzialności. Aby nadać odpowiednią moc swej woli, państwo ogranicza wolę swych obywateli.” (str. 133-134)

„…wielkim dylematem , przed którym stanie Zachód w przyszłości, będzie, jak skutecznie przezwyciężyć psychikę zepsutego dziecka, aby uzyskać dyscyplinę konieczna do walki? (Próby uatrakcyjnienia służby wojskowej w Stanach poprzez zaoferowanie wysokich zarobków, bezpłatnej nauki w college’u i innych ułatwień wyglądają (…) jak przekupywanie dziecka cukierkiem).” (str. 134)

„Klęska dyscypliny w społeczeństwach materialistycznych może być pochodna konfliktu pomiędzy zdolnościami produkcyjnymi i konsumpcyjnymi. Zepsute dziecko jest po prostu kimś, komu pozwoliło się wierzyć, że jego zdolności konsumpcyjne mogą kształtować porządek społeczeństwa. (…) Demagogiczni liderzy powiedzieli zwyczajnemu człowiekowi, że należy mu się o wiele więcej niż dostaje; nie powiedzieli mu natomiast mniej przyjemnej prawdy, że wzrost zarobków musi wynikać z większej wydajności (…) Z kolei wszelka wydajność wymaga karności i posłuszeństwa; proste wytrwanie w trudzie wymaga kontrolowania przelotnych zachcianek. W tym miejscu człowiek staje wobec osobliwego dylematu: im więcej posiada wolności, tym mniej ma owoców wydajnej pracy. (…) >>Niedemokratyczna<< wydajność atakowana jest przez >>demokratyczną<< konsumpcję. Nie ma żadnych ograniczeń przeciwko paraliżowaniu sprawności produkcyjnej poprzez zwierzęcą żądzę konsumowania od chwili, gdy jest ona w stanie używać swej siły w polityce.” (str. 134-135)

„…współcześni samoreklamujący się liderzy tłumów, czy to pochodzący z wyboru, czy też zawdzięczający swe stanowisko zamachowi stanu, stali się dyktatorami. Musieli oni pojąć, że masy pragną planu harmonii i pracy. A każdy plan, nawet arbitralny, wydaje się lepszy niż chaos (…) Studium motywacji tych przywódców wskazuje jednak, że zawsze mieli oni kozły ofiarne; zawsze byli przeciwko czemuś. Psychologia ta nie powinna na mylić: zepsute dziecko jest smutne i chce się rozerwać, pragnie zmiany. Bieg wydarzeń, który ma je zająć, przy okazji pozwalając mu się na kimś odegrać, wydaje się doskonale przygotowany.” (str. 135-136)

Potrzeba odegrania się „na kimś” powoduje szukanie wroga, najlepiej kogoś, kto wyłamuje się z konsumpcyjnego tłumu, a z czasem rodzi „nienawiść do wszelkiej indywidualnej wyższości. Zepsute dzieci odczuwają słusznie, że osoba stojąca wyżej zażąda prędzej czy później wyższych rzeczy, a to kłóci się z konsumpcją i, przede wszystkim, z bezmyślnością. (…) nawet zapobiegliwość uznawana jest za dowód takiej wyższości. (…) pojawiają się regularne ataki na kapitał”, który może być „owocem pracowitości i zdolności przewidywania lub samozaparcia albo też jakiejś wyższości talentów.” (str. 136)

„Pobłażając sobie, żyjąc dniem dzisiejszym, współczesny człowiek nie patrzy ani przed siebie, ani za siebie. Zauważa nierówność warunków życia i nie mogąc na skutek wyznawanych dogmatów przyznać, że istnieje nierówność zasług, posuwa się do ich zacierania. Wrzask maskuje się twierdzeniem, że prawa własności nie powinny stawać na przeszkodzie realizacji praw człowieka. Można by to zaakceptować pod warunkiem, że prawa człowieka nie byłyby oddzielane od obowiązków. Ale w tym stanie rzeczy, jaki dzisiaj mamy, tłum po prostu decyduje, że może coś dostać bez podporządkowywania się dyscyplinie pracy, i od razu rozpoczyna wywłaszczanie. Sir Flinders Petrie napisał: >>Kiedy demokracja osiąga pełną siłę, nie posiadająca kapitału większość nieuchronnie pożera kapitał mniejszości i cywilizacja stopniowo upada<<.” (str. 136-137)

„Kończąc analizę społeczeństwa jako zepsutego dziecka przyjrzyjmy się jeszcze jego niezdolności do myślenia. U rozpieszczonych dzieci majętnych ludzi każdy może zaobserwować pewien rodzaj nieodpowiedzialności procesu myślowego, która ujawnia się, ponieważ nie muszą one myśleć, aby przeżyć. (…) Młoda latorośl wie, że kiedy spadnie, jest na dole siatka, która zamortyzuje upadek. Brakuje surowości warunków. Bez pracy, szczególnie bez pracy związanej z naszymi najdroższymi celami, myślowa muskulatura ulega atrofii (…) zepsute przez cieplarniane warunki masy objawiają podobne skapcanienie i w czasie kryzysu stają się niezdolne do myślenia wystarczająco prostego, by się ocalić. W rezultacie jest to więc historia słabości, która wynika z fałszywego obrazu świata. Wysychanie wiary religijnej, pewność, że wszystkie zwalczające się wierzenia winny być wykorzenione (…) zwracają myśli ku samolubnej przewadze ekonomicznej. Samo osiągnięcie tego stanu wytwarza słabość, słabość ta popycha do poszukiwania jeszcze łatwiejszych sposobów osiągnięcia tej samej przewagi – potem następuje upadek.” (str. 137-138)

Ostatnie prawo metafizyczne

„W kraju, gdzie jedynym pracodawcą jest państwo, opozycja oznacza powolną śmierć głodową.” (Trocki) (str. 139)

„…cały rosnący katalog zła współczesności wypływa z zafałszowanego obrazu świata, który powoduje niezdolność do interpretowania bieżących wydarzeń. (…) tych, którzy są w kłopotach, trzeba zmusić do ujrzenia tych kłopotów. Człowiek samozadowolony nie patrzy przed siebie i poza siebie. (…) Cesarstwo rzymskie chyliło się ku upadkowi czterysta lat zanim to sobie powszechnie uświadomiono. (…) Skoro człowiek osiągnie wystarczającą pokorę, aby wyznać, że znieważone zostały ideały i zhańbiona jest jego kondycja jako człowieka, usunięta zostanie pierwsza przeszkoda do naprawy. (…) Sama dobra wola nie wystarczy, tak samo jak nie wystarczy samo uczucie bez „rusztowania” metafizycznego. Pierwszym pozytywnym krokiem musi być wbicie na nowo klina pomiędzy materię a transcendencję. Jest to rzecz podstawowa: bez tego dualizmu nigdy nie znajdziemy (…) [punktu] przyłożenia dla pchnięcia ciężaru w górę.” (str. 140)

„…istnieje świat powinności, (…) rzeczy widzialne nie wyczerpują rzeczywistości (…) Gdybyśmy potrafili udowodnić, że żadne działanie nie jest prawdziwe ani żaden akt sprawiedliwy, dopóki nie podporządkuje się go ideałowi konceptualnemu – utylitaryzm i pragmatyzm byłyby natychmiast pokonane. Wówczas, bowiem, mamy podstawy determinujące wartość, znaczenie, a nawet definicję. (…) Perspektywa życia znowu w świecie metafizycznej pewności przyniesie wielką ulgę ludziom, których mdlą doktryny relatywistów zaprzeczające prawdzie. Przywrócenie światu dualizmu i skarcenie moralnej niemocy zrodzonej przez empiryzm stanowi, zatem, nasz wyraźny cel.” (str. 141)

„Ponieważ podjęliśmy się programu, który mocno związany jest z życiem praktycznym, musimy poszukać jakiegoś punktu, wokół którego będziemy wszystkie działania organizować. Zdajemy sobie sprawę, że nasz pogląd był w odwrocie przez czterysta lat, chociaż (…) nigdy nie został całkowicie zepchnięty z pola. Pozostał nam we władaniu jeden skrawek. (…) Jest to prawo własności prywatnej (…) Stosunek człowieka do jego własności do dziś (…) uniknął ataku. Metafizyczne prawo religijne zniknęło w czasie reformacji. Inne stopniowo niszczały pod naporem pożądliwości. Sama jednak okoliczność, że klasa średnia doszła do potęgi poprzez własność, zmusiła tę klasę do uświęcenia praw własności w tym samym czasie, gdy likwidowała inne prawa. (…) [Własność] to jedyna rzecz, dzięki której można dziś zilustrować pojęcie prawa, nie wiążąc go z zagadnieniem użyteczności. (…) prawo do własności prywatnej jest prawem metafizycznym, ponieważ nie zależy ono od żadnej próby społecznej użyteczności. (…) ogromna wartość tego pojęcia polega na tym, że coś, będąc prywatna własnością, usunięte zostaje z obszaru sporów. (…) Relatywiści (…), którzy pragną podporządkować każdego wiecznej kontroli grupowej, uznają to za nieznośną przeszkodę. (…) Prawo do użycia własności jako czegoś prywatnego jest (…) czyś w rodzaju sanktuarium.” (str. 141-142)

„…chciałbym niezwykle stanowczo stwierdzić, iż to ostatnie metafizyczne prawo nie oferuje niczego na obronę tego rodzaju własności, jaki się zrodził z finansowego kapitalizmu. Wręcz przeciwnie – taka własność jest pogwałceniem samego pojęcia proprietas. Poprawienie pojęcia własności, aby pasowało do użycia w handlu i technice, stało się poważniejszym zagrożeniem dla samej własności niż cokolwiek w historii. Abstrakcyjna własność akcji i obligacji, legalne posiadanie nigdy nie widzianych na oczy przedsiębiorstw niszczy powiązanie między człowiekiem a jego majątkiem (…) Własność w tym sensie staje się fikcją użyteczną w eksploatacji. W takich warunkach staje się niemożliwe uświęcenie pracy. Własność, której bronimy jako formy zakotwiczenia, czerpie swoją tożsamość z indywidualności. Co więcej, skupienie ogromnych dóbr w formie anonimowej własności stanowi ciągłą zachętę ku dalszej ingerencji państwa w nasze życie i majątek. (…) tendencji do monopolu towarzyszy tendencja do własności państwowej. (…) biznes rozwija biurokrację, która dość łatwo może się przekształcić w biurokrację rządową” i skorumpowaną oligarchię. „Wielki biznes i racjonalizacja przemysłu stają się w ten sposób wspólnikami tego zła, które chcemy przezwyciężyć. Posiadanie za pośrednictwem akcji czyni własność czymś oderwanym, wydzielonym, przeznaczonym do abstrakcyjnych celów, a obszar odpowiedzialności akcjonariusza znacznie się zawęża…” (str. 143)

„Ludzie szanujący własność prywatną są dziś zmuszeni do przeciwstawiania się działaniom podejmowanym w imieniu prywatnych przedsiębiorstw, gdyż korporacje i monopole są formą, w której własność odrzuciła związek osobowy z człowiekiem. Moralnym rozwiązaniem tej sytuacji jest popieranie oddzielnego posiadania małych własności. Przybiera to formę lokalnych przedsiębiorstw, niezależnych farm, domów zamieszkiwanych przez swych właścicieli, gdzie własność zasadza się na indywidualnej odpowiedzialności. Takie posiadanie angażuje duży obszar woli, poprzez którą człowiek może być w pełni osobą.  To właśnie za umniejszenie woli należy się potępienie kapitalizmowi monopolistycznemu na równi z komunizmem. Twierdzenie powyższe jest równoznaczne ze zdaniem, że człowiek ma wrodzone prawo do odpowiedzialności. Odpowiedzialność ta nie może istnieć, jeśli się ją zakwestionuje w imię społecznej użyteczności, a na jej miejsce postawi zewnętrzny przymus.” (str. 144)

„Niepokojące jest, gdy sobie uświadomimy, że we własności prywatnej przetrwał ostatni obszar władzy prywatności jako takiej. Wszystkie inne bastiony zostały zburzone. (…) posiadanie (…) w jakiś sposób potrzebne jest dla wspomożenia człowieka, by wyraził swą istotę, prawdziwą i osobistą. (…) człowiek identyfikuje się ze swoimi rzeczami, tak że oddzielenie go od nich na siłę wydaje się sprzeczne z naturą.” (str. 144-145)

„W celu zwalczenia przemożnych sił społecznego upadku musimy zbudować coś w rodzaju szańca. Potrzebujemy sanktuarium, aby się bronić przeciwko pogańskiemu etatyzmowi. (…) ludzie wierzący w wartości zostaną za chwilę całkowicie zniszczeni, chyba że znajdą sposób przetrwania. Szukając ochrony przed wszechmocnym (…) państwem, opozycja musi się teraz oprzeć na prawie do własności prywatnej. (…) powrót do rozumu umożliwi powrót do władzy ludzi twardych zasad. Własność prywatna nie może być (…) odebrana dysydentowi.” (str. 145-146)

„…edukacja konserwatywna, tzn. edukacja skoncentrowana wokół idei i ideałów, najlepiej sobie radzi w tych instytucjach, które utrzymują się ze środków prywatnych.  (…) były one w stanie utrzymać zasadę, że edukacja nie służy jedynie do celów utylitarnych. (…) są stosunkowo wolne, tak że mogą promować czystą naukę ćwiczenia umysłu. (…) w państwowych instytucjach oświatowych, które są na łasce ciał wybieralnych i na łasce opinii publicznej jako całości, a także pod naciskiem obowiązku wykazywania się praktycznymi wynikami w stosunku do wydatkowanych sum, ruch w kierunku specjalizacji i fachowości jest nie do powstrzymania.” (str. 146-147)

„Zaryzykujmy (…) twierdzenie, że przeciwieństwem prywatnej własności jest prostytucja. Szaniec w postaci własności prywatnej nie tylko umożliwia opozycjoniście egzystencję. Stwarza także jedyną okazję do ćwiczenia się w cnocie. Ponieważ cnota jest stanem charakteru związanym z wyborem, rozkwita ona jedynie w obszarze woli. (…)  [To] fundamentalne połączenie pomiędzy własnością prywatną i wolnością wyboru. Tu, w sferze własności prywatnej, wolność racjonalna sprawia, że człowiek czuje się osobą, tutaj czyni on ze swej cnoty działająca zasadę (…) wielka cnota jest możliwa do urzeczywistnienia, ale musimy być gotowi zapłacić za nią wysoką cenę.” (str. 147)

„Odrzucenie transcendencji zmusza [państwo] do przyjęcia założenia, że indywidualne ośrodki władzy będą się rządzić czystym egoizmem. Dzieje się tak rzeczywiście dość powszechnie. Jednocześnie owo odrzucenie transcendencji niszczy pojęcie nietykalności. Współczesne państwo nie może pojąć, jak ktoś może być kierowany przez coś innego niż ono samo. W jego oczach pluralizm jest zdradą. Z chwilą, gdy da się człowiekowi kredyt na rozum i nietykalne prawa, wznosi się granice, poza które władza większości nie ma dostępu. Stąd jest bardzo prawdopodobne, że podświadomie lub nie, obecna determinacja, z jaką pomniejsza się obszar nietykalnej wolności, to nic innego, jak zamaskowana próba sprowadzenia człowieka do roli jednostki jedynie biologicznej. Wolność wyboru i zdrowy rozum są nierozłączne; niemożliwe jest kwestionowanie jednego bez równoczesnego zanegowania drugiego.” (str. 148)

„…w czasach normalnych własność okazuje się dobroczynną instytucją również dzięki temu, że zachęca do pewnych cnót, z których na uwagę zasługuje zapobiegliwość. (…) Zapobiegliwość wymaga uświadomienia sobie przeszłości i przyszłości (…) z tego powodu, że zapobiegliwość bierze pod uwagę nie-teraźniejszość, woła ona o posługiwanie się rozumem i wyobraźnią (…), wymaga gry umysłu. (…) Zdolność do praktykowania przezorności (…), przewidywania, stanowi sposób na rozwój wartości osobistych człowieka. Przeświadczenie, że ci, którzy modlą się przez pracę, zyskają wynagrodzenie, które nie może być przywłaszczone przez nieprzezornych, jest najzdrowszym bodźcem do cnotliwej pracowitości. (…) gdy popularna większość może, zasłaniając się potrzebami teraźniejszości, odbierać prawa wysłużone poprzez niegdysiejszy wysiłek, u wszystkich ludzi pojawia się tendencja do zajmowania się polityką. Innymi słowy: dochodzą oni do przekonania, że manipulacja jest łatwiejszym źródłem dochodów niż produkcja. W tym tkwi sedno zepsucia.” (str. 148-149)

„…państwa nie podtrzymują zasad uczciwości kupieckiej. Ich obietnice zapłaty po prostu nie są dotrzymywane. I oto co się dzieje: państwo popada w trudności, czasem toczy wojnę; potem, zamiast wydobywać się z opresji poprzez poświęcenie i samozaparcie, wybiera łatwiejszą drogę niedotrzymywania swych zobowiązań. Populistyczne rządy, których nieuszanowanie dla wartości analizowaliśmy już wcześniej, są szczególnie skłonne do takich rozwiązań. Proces ten znany jest pod nazwą inflacji.” (str. 149)

„Zadomowił się bezmyślny i ekstrawagancki luksus traktowany jako moda. Aby go zaspokoić, na ogromną skalę dokonywano oszustw i korumpowano urzędników oraz inne osoby ponoszące odpowiedzialność za decyzje. Podczas gdy mężczyźni wprowadzali ten styl w interesach prywatnych i sprawach urzędowych, kobiety (…) wprowadzały modę na ekstrawagancję w ubiorze i sposobie bycia, co łączyło się z podnietą do demoralizacji. Wiara w moralność, a nawet w dobre skłonności, ustąpiła miejsca ogólnej podejrzliwości. Honor narodowy uznawany był za fikcję pielęgnowaną jedynie przez entuzjastów. Patriotyzm pożarty został przez cynizm.” (str. 150)

„…produktywna własność prywatna to rodzaj sanktuarium chroniącego przed grabieżą dokonywaną za pomocą oszustwa, gdyż jednostka utrzymująca się z tej własności, która nosi piętno właściciela i upodabnia się do niego, posiada bardziej realną miarę wartości. To umożliwia człowiekowi przewidywanie z dużym stopniem pewności lub – w szerszym znaczeniu – pozwala mu kontrolować swoje życie.” (str. 151)

„…istnieje naturalne powiązanie pomiędzy poczuciem honoru a osobową relacją człowieka z jego własnością. Kiedy własność staje się w coraz większym stopniu abstrakcyjna, a równocześnie zanika poczucie powinowactwa, rodzi się silna pokusa do oszustwa skrywającego się za anonimowością. (…) pieniądze i honor rzadko znajdują się w jednej kieszeni. (…) kiedy istniał honor w pracy, było praktyką, że rzemieślnik umieszczał swe imię na produkcie, a duma rodziny połączona była z utrzymywaniem jakości.  (…) nazwisko producenta stanowiło publiczne przyjęcie odpowiedzialności za produkt. Wraz ze wzrostem kapitalizmu finansowego, gdy człowiek został oddzielony od swej własności, pojawiła się pewna istotna zmiana w nazwach firm. Nowe produkty straciły wszelki związek z jednostką i przybrały nazwy „General”, „Standard”, „International”, „American”, stanowiące oczywiste maski. Pod tymi maskami może być praktykowany każdy rodzaj oszustwa i nikt się nie wstydzi, ponieważ nikt nie jest zidentyfikowany. W rzeczywistości żadna pojedyncza osoba nie ponosi tu odpowiedzialności. Posiadanie nazwy może wymagać posiadania charakteru, a charakter stoi na przeszkodzie zyskowi. Wymyślone nazwy są pokrewne nieuczciwej przesadzie reklam. (…) jednym z najpopularniejszych tricków stosowanych przez mistrzów współczesnego handlu jest wykupienie poważanej nazwy, a później obniżenie jakości produktów, które są nią oznaczone. Nazwy zostały oddzielone od rzeczy i mogą być kupowane oraz sprzedawane. Były kiedyś ustalone przez ludzi widzących ideał doskonałości w zadaniach, które wykonywali, i pragnących, aby ludzie oceniali ich za wierność wobec obranego wzoru. W ten sposób użyteczność odrzuciła staromodną cnotę lojalności wobec ideału, co jest równoznaczne z odrzuceniem honoru.” (str. 151-152)

„Pogląd mówiący o ubożeniu świata zostanie z pogardą odrzucony przez ludzi zafascynowanych wielością gadżetów. (…) Ciągle płacimy, a pomimo to podstawowa jakość, której szukamy, gdzieś nam umyka. Deprecjacja ta pojawiła się na szerszą skalę w czasie ostatnich trzydziestu lat, a na mniejszą – już o wiele dawniej. Świat jest głodny wartości. Wmawia się nam coraz większe kłamstwa i coraz gorzej się nas żywi – jest to podstawowy fakt wynikający z degradacji ideału. Prawdziwy przedmiot ze szlachetnego materiału, stworzony przez rzemiosło, które nie żałuje czasu, jest dziś artykułem luksusowym, jeśli nie eksponatem muzealnym. Wydaje się, że geniusz wartości odleciał razem z innymi istotami…” (str. 152-153)

„Mniej więcej sto lat temu, kiedy człowiek budował dom (…), pracowano dobrze, przewidując przynajmniej na trzy generacje w przyszłość. Jest to prosty przykład na zapobiegliwość. (…) Uczciwość (…) pracy odbiła się nawet we wdzięku form. Upłynęło sto lub sto pięćdziesiąt lat i ciągle jeszcze można w nich mieszkać (…), teraz (…) domy wznoszone są przez anonimowych budowniczych dla anonimowych nabywców, z myślą o zysku (…), [które] rozpadają się po dwudziestu latach. Nigdy nie były prywatne (…), nikt się z nimi nigdy nie identyfikował. (…) jesteśmy coraz bardziej oszukiwani przez powierzchowność.” (str. 153)

„Musimy (…) zbadać, czy indywidualne posiadanie nieruchomości nie mogłoby stanowić lekarstwa na zanik wartości, będący zgorszeniem ostatniego wieku. (…) Fakt, że własność oderwała się od swego metafizycznego źródła, wyposażył ją w pewną niezależność, co spustoszyło nasze myślenie o całym świecie. Skutkiem oczywistym dla każdego jest wyniesienie na piedestał >>człowieka ekonomicznego<< (…) [wsparte] przez tendencję do kumulowania własności w systemie kapitalistycznym. (…) Tak wielu ludzi stało się pionkami w grze korporacji, że wydawało się możliwe wyjaśnienie wszelkiej ludzkiej aktywności jako produktu lub skutku ubocznego poszukiwania ekonomicznej satysfakcji (…) Polityka, sztuka – wszystko podporządkowane zostało temu prawu (…) Na koniec skonstatowano, że polityka jest jedynie służką ekonomii…” (str. 153-154)

„Gdyby dobra materialne postrzegano raczej jako coś o ściśle wyznaczonym miejscu w porządku stworzenia, a nie jako ocean bytu, na którym człowiek dryfuje jak kawałek korka, prawa ekonomiczne nigdy by nie stanowiły najważniejszych rozporządzeń ludzkiego życia. To jednak wymaga wiary w istnienie niematerialne. (…) Znajdujemy pewien komfort, gdy sobie uświadamiamy, że nie jesteśmy na łasce żelaznych praw ekonomicznych i że naszymi działaniami na rzecz wzrostu zamożności potrafimy kierować za pomocą woli. Może to być faktycznie ważnym krokiem ku rozumnej wolności. Jednak wobec rozprężenia, jakie obserwujemy, perspektywa uczynienia z polityki ostatecznego arbitra nie jest pozbawiona przerażających niebezpieczeństw. (…) nasi zarządcy są, niestety, ludźmi, tylko ludźmi.” Uniknięcie „jednej formy irracjonalne dominacji” może zagrozić nam inną formą, „która może się okazać jeszcze mniej odpowiedzialna – dominacji ubogiego biurokraty.” (str. 155)

„Pierwszą czynnością tych, którzy pragną przywrócenia społeczeństwa, jest >>odmasowienie<< mas – i tu najważniejszą rolę może odegrać własność. Własność prywatna, w tym sensie, w jakim ją zdefiniowaliśmy, jest substancją. (…) Jest bardzo ważne, aby utrzymać majętność w świecie, ponieważ charakter człowieka wyłania się poprzez budowę i urządzenie jego domu (…) własność prywatna jest podstawą każdego porządku…” (str. 156)

„Jak długo istnieje najmniejsza szczelina w monizmie lub pragmatyzmie, tak długo sprawa wartości nie jest stracona. (…) Społeczeństwo ludzkie nie może istnieć bez jakiegoś źródła świętości. (…) każdy atak na religię lub na charakterystyczne idee wywiedzione z religii okazuje się w gruncie rzeczy atakiem na rozum. Pewność moralna nadaje pierwotne uzasadnienie dla właściwej władzy rozsądzania. (…) Istnieje pewna ostateczna identyfikacja dobra i prawdy… (…) Już od wieków oportunizm wdzierał się do tego podstawowego prawa, aż głęboka pewność moralna prawie zanikła. Poszukajmy, zatem, skutecznego oparcia dla logosu przeciwko współczesnemu barbarzyństwu. Wydaje się, iż drobna własność prywatna jest tego rodzaju szańcem. Nie o obronę przecież jednak chodzi. Trzeba przejść do kontrnatarcia.” (str. 157)

Potęga słowa

Stopniowemu upadkowi człowieka towarzyszy upadek języka.” (Emerson)

„Poszukiwaliśmy ostatecznej sankcji dla majątku człowieka w metafizyce, musimy teraz uczynić to samo dla ratowania jego języka przed podobnym sprostytuowaniem. Każda wspólnota metafizyczna jest uzależniona od umiejętności porozumiewania się ludzi.” (str. 159)

„Mowa jest także nośnikiem porządku i ludzie, którzy nią władają, uznawani są za posiadających wyższą zdolność wejrzenia, wejrzenia z pewnością w konieczne związki między rzeczami.” (str. 160)

„…Słowa posiadają moc definiowania i zniewalania (…) [semantycy] wprowadzają do języka (…) dokładnie to samo rozbicie, które opłakiwaliśmy w innych dziedzinach. Usiłują odrzeć słowa z całego znaczenia, które byłoby jakoś ukierunkowane, względnie próbują odizolować język od świata (…) cóż się kryje za różnicą w terminologii? Odpowiedź brzmi: koncepcja celu, która wartościuje sens nazywanego zjawiska.” (str. 163)

Często „termin (…) nabiera nowych właściwości (nazwijmy to: ładunku emocjonalnego), zmuszając ludzi do opowiedzenia się po którejś stronie, zgodnie z ich wewnętrznym przekonaniem lub z ich metafizycznym marzeniem.” Bo „ludzie nie zgadzają się dziś ze sobą jak nigdy dotąd”, a „słowa służą polaryzacji stron konfliktu”. Przykładem jest to, „czy walkę kolonistów amerykańskich przeciwko Wielkiej Brytanii powinniśmy nazwać >>rebelią<<, czy >>wojną o niepodległość<<”. Są ludzie, „którzy są tak przerażeni istnieniem uprzedzeń, iż wypowiadają walkę nawet logicznym założeniom”. Akwinata: „>>Każdej formie towarzyszy skłonność<<. Język jest systemem form, które – wzięte zarówno pojedynczo, jak i zbiorowo – posiadają ową skłonność lub intencję. (…) zniszczenie skłonności, w nadziei [semantyków], (…) umożliwi naukową manipulację. Twierdzę, iż usunięcie z języka skłonności niszczy sam jego rdzeń.” (str. 164)

„…egalitarna demokracja, aż do stopnia czyniącego przywództwo czymś powierzchownym lub zgoła niemożliwym, odrzuca teleologię. Teleologia oznacza nakaz z góry, demokracja egalitarna zasięga rady u samej siebie, bez punktu odniesienia. (…) Ponieważ język wyraża tendencję, a tendencja posiada ukierunkowanie, ci, którzy różnią się co do tendencji, mogą pozostawać w harmonii tylko na dwa sposoby: 1. Poprzez pielęgnowanie samozadowolenia, umożliwiającego przejście do porządku dziennego nad kwestiami spornymi oraz 2. Poprzez odniesienie się do pierwszych zasad, co w końcu usunie różnice kosztem jednej ze stron. Jeśli prawda istnieje i jest dostępna dla człowieka, nie należy oczekiwać zgodności między tymi, którzy pozostają na różnych stopniach dotarcia do niej (…) tu leży znaczenie owych słów Pisma Świętego: >>Czy myślicie, że przyszedłem przynieść ziemi pokój? Zaprawdę, powiadam wam: nie, raczej poróżnienie<<”, które „umacnia wartości. Ale pośród tego podziału może istnieć miłość – i na niej bardziej można polegać w zapobieganiu gwałtom niż na politycznych neofantazmatach…” (str. 165-166)

„Jeśli nigdy nie udaje nam się wyrwać z pętli definicyjnej, to czy (…) wszystkie konwencjonalne definicje [nie] są jedynie przypomnieniami tego, co już (…) wcześniej posiedliśmy? Rzecz, o której nigdy nie słyszeliśmy, jest opisywana poprzez rzeczy, które znamy (…) znajdujemy to, co wyłania się naturalnie, jeśli obecne w naszym umyśle pojęcia zostaną złożone w odpowiednich relacjach. (…) ostateczna definicja jest kwestią intuicji. (…) język jawi się jako wielka przechowalnia uniwersalnej pamięci, może być uznany za sieć, ale nie wiążącą nas, lecz pomagającą dotrzeć do znaczenia ukrytego poza znaczeniem doraźnym, poprzez sam fakt, że zawiera w sobie doświadczenia innych ludzi. Słowa, z powodu ciągłego wspólnego użycia, zyskują znaczenie większe, niż może być na nie nałożone przez pojedynczego użytkownika, i większe, niż można zastosować do pojedynczej sytuacji. (…) Wspólnota języka daje człowiekowi dostęp do znaczeń, które w inny sposób byłyby dlań niedostępne. Znalezienie słowa jest równoznaczne ze znalezieniem znaczenia; stworzenie słowa to znalezienie jednego terminu dla znaczeń rozproszonych po innych słowach. Jeśli ktoś jeszcze wątpi, że język posiada siłę kreatywną, niech spróbuje myśleć bez słów.” (str. 168-170)

„Przypuszczony przez pozytywistów atak na symbolizujące operacje umysłowe jest jedynie częścią ogólnego ataku na symbolizm, rozpoczętego w czasie, gdy powszechnie przyjęto istnienie tylko jednego świata, świata dostępnego dla zmysłów. (…) …ponieważ symbol jest pomostem do innego, >>idealnego<< świata, ludzie, którzy pragną ograniczyć się do doświadczenia, muszą się sprzeciwić symbolizmowi. (…) Moc symbolizmu bardzo przeraża tych, którzy pragną wykorzenić z życia wszystko, co jest irracjonalne, to znaczy nieużyteczne, o czym świadczy atak jakobinów na korony, sutanny i flagi. Podczas gdy semantycy pragną wyrugować z języka metafory, reformatorzy o podobnym nastawieniu chcą usunąć wszelkie niepotrzebne dodatki z ubioru. (…) Identyczna tendencja objawia się w odchodzeniu od tytułowania. Dla współczesnego umysłu używanie tytułów wydaje się tak sztuczne i obraźliwe, że nawet >>doktor<< i >>profesor<< wychodzą z użycia. (…) tytuły grzecznościowe (…) wskazują na wysiłek rozróżniania pomiędzy ludźmi zwyczajnymi a ludźmi uzdolnionymi. Kiedy nie są nadużywane, stają się wyraźną oznaką rozróżnienia i hierarchii, oznaką, bez której nie można się obyć tam, gdzie wymagany jest wysoce zorganizowany wysiłek. (…) znane zamiłowanie Japończyków do tytułowania jest jedynie przejawem niezwykle symbolicznego charakteru ich kultury. (…) symbolizm ten stał się celem zaciekłych ataków tych, którzy wyobrażali sobie, że powinni reedukować Japończyków.” [sic!] (str. 171-172)

„…posiadanie daru mowy to rzecz cudowna. Jest prawdą historyczną, że ludzie przejawiający najwyższą subtelność wobec języka zawsze mieli największą moc pojmowania (…) Uniwersytety amerykańskie odkryły, że, poza kilkoma wyjątkami, studenci mający największe – potwierdzone w testach słownikowych i ćwiczeniach językowych – umiejętności operowania słownictwem osiągali najlepsze wyniki w nauce bez względu na kierunek studiów.” (str. 173)

„Trudno, zatem, przecenić wagę sprawności w języku. (…) podstawowym problemem jest uchronienie samego języka. Kiedy, bowiem, ulega zepsuciu psyche, język wykazuje oznaki choroby. Dzisiejszy relatywizm z jego niewiarą w prawdę poczynił wyłom w procesie komunikacji (…) Żyjemy w wieku, który boi się samej idei pewności…” (str. 174)

„…raz naruszona podstawowa jedność intelektualna z trudem i powoli poddaje się procesowi uzdrowienia. Jeśli przyjrzymy się uderzająco rozbieżnym znaczeniom nadawanym >>demokracji<< i >>wolności<<, trudno nam się oprzeć myśli, jak daleko jesteśmy od tej podstawy zrozumienia, która stanowi warunek wstępny uleczenia świata. (…) Cóż się stało z jedynym światem znaczeń? Został utracony… z braku definiujących. Nauczyciele współczesnego >>zakonu<< nie mają dość odwagi, by definiować, prawodawcy nie posiadają głębszego wejrzenia w rzeczywistość. (…) dziś jesteśmy świadkami załamania się komunikacji nie tylko pomiędzy narodami i grupami w obrębie jednego narodu, ale także pomiędzy kolejnymi pokoleniami. Sir Richard Livingstone zauważył, że ludzie Zachodu >>nie znają znaczenia pewnych słów, które uznawano kiedyś za część stałego słownictwa ludzkości, nie znają także znaczenia pewnych ideałów, które jeśli nawet ignorowane były w praktyce, pod naciskiem, to jednak akceptowane w teorii, (…) W rzeczywistości jest to największa przemiana, jakiej doznał świat od czasu, gdy ideały te narodziły się w Palestynie czy Grecji, lub przynajmniej zostały rozpoznane jako zasady postępowania<<. Tendencjom i okolicznościom pozwolono zmienić język tak, że ojciec ma trudności w porozumieniu się z synem: usiłuje mówić, ale rzeczywistości swojego doświadczenia nie potrafi uczynić oczywistą dla dziecka. (…) Postęp powoduje, że ojciec i dziecko żyją w różnych światach, a język nie potrafi dostarczyć środka łączności.”(str. 175-176)

„Jeśli społeczeństwo materialistyczne nie jest w stanie niczego osiągnąć bez metafizycznej wspólnoty języka, to następnym krokiem powinna być rehabilitacja słowa. Jest to zadanie dla szkół…(…) Człowiek musi używać zarówno poetyckich, jak i logicznych źródeł języka; nasze ćwiczenie powinno, zatem, obejmować oba poziomy. Pierwszą część trzeba poświęcić literaturze i retoryce, drugą – logice i dialektyce. (…) Pokazywaliśmy, iż uczucie jest ostatecznym węzłem wspólnoty, i dlatego pragniemy je najpierw ochronić. Młodzi przychodzą do nas jako stworzenia pełne wyobraźni i silnych namiętności, pragną odczuwać (…) jeśli pozostawimy ich w objęciach takiej edukacji, jak jest dzisiaj dla nich dostępna, (…) ogromna większość wyszkolona zostanie w dwóch nałogach: sentymentalizmie i brutalności.” Trzeba – jak wielcy twórcy – odnieść się „do czystego i szlachetnego metafizycznego marzenia, które nasi uczniowie zachowują przez całe życie jako ochronne sklepienie nad swym systemem wartości.” (str. 176)

„Poezja jako pierwsza powinna nauczać o potencjalnej mocy słów. (…) Nic tak skutecznie nie usuwa niechlujstwa w użyciu języka, jak ćwiczenie tłumaczeń. Skupianie się nad znaczeniem słowa (…) skłania człowieka do przyglądania się i zastanawiania, zanim wypowie jakąś kwestię. Jest to pewna dyscyplina dokładności, która objawiała się dawniej w przemowach, a nawet w dziennikarstwie, ale która dziś staje się tak rzadka, jak wyszukane maniery. (…) Istnieje ścisła korelacja pomiędzy wzrostem materializmu a usuwaniem języków obcych z programów nauczania (…) tam gdzie rzeczy wynosi się ponad wszystko, słowa są w poniżeniu.” (str. 178)

„Większość naszych pomyłek spowodowana jest niezdolnością do przestrzegania zasady: żadnych kompromisów w definiowaniu i eliminowaniu. Poczucie niezrozumiałości świata i uczucie bezradności moralnej, jakiemu ulegamy, wywodzi się wprost z niesłychanie wywrotowej kampanii osłabiającej wiarę we wszelkie założenia. Przestaje się uznawać konieczność logicznej dokładności nazw. (…) Dialektyka – jako metoda, za pomocą której po stworzeniu twierdzenia możemy uporządkować dom – spieszy nam z pomocą. (…) Platon (…) nazywa człowieka nadającego nazwy >>prawodawcą<<, ponieważ nazwa, według jego koncepcji, jest >>instrumentem nauczania i rozróżniania natury<<. (…) Platon spostrzega tu, że nadawanie praw i nazw stanowi pokrewne sposoby wprowadzania porządku. (…) Stabilne prawa wymagają stabilnego słownictwa, gdyż podstawową częścią każdego procesu sądowego jest definicja albo decyzja dotycząca właściwego nazwania jakiejś czynności. Tak więc sędziowie (…) mają obowiązek czuwania nad tym, aby znaczenia słów nie były zmieniane w sposób nieodpowiedzialny. (…) Oto więc wezwanie do odnowy wartości języka, a w rezultacie do przywrócenia respektu dla słów jako rzeczy. (…) będziemy musieli znaleźć jakieś praktyczne zastosowanie dla prawa, w myśl którego na początku było Słowo.” (str. 179-180)

Pobożność i sprawiedliwość

„Niech rodzice, zatem, zapisują swym dzieciom w spadku nie bogactwa, ale ducha szacunku.” (Platon) (str. 181)

„Wyjaśniliśmy, w jaki sposób człowiek musi ustanowić swą pozycję wobec własności, i nakreśliliśmy sposoby przywrócenia komunikacji. Teraz zbliżamy się do koronnego pojęcia” – pobożności. (str. 181)

„Pobożność to zdyscyplinowanie woli poprzez szacunek. Uznaje ona prawo istnienia rzeczy szerszych niż ego, rzeczy różnych od ego. Zanim będziemy w stanie przywrócić światu harmonię, (…) trzeba nam uznawać w duchu pobożności trzy rzeczy: naturę, bliźnich (…) oraz przeszłość.” (str. 183)

„Dążność do rekonstruowania natury jest namiętnością młodzieńczą. Młody człowiek to stworzenie, które dopiero co stało się intelektualne; wierzy w idee; myśli, że idee przemienią świat. Człowiek dojrzały przekracza intelekt i dostępuje mądrości. On także wierzy w idee, ale życie nauczyło go zadowalać się widzeniem ich wcielenia, to znaczy – widzeniem ich w ramach pewnego ograniczenia. Innymi słowy: odkrył on, że substancja jest częścią życia, częścią, której nie można uniknąć. Ten pokorniejszy pogląd na moc człowieka jest esencją pobożności; przynosi on na dłuższą metę większe korzyści, gdyż takie traktowanie natury, kiedy szanujemy ją bez gorączkowego pragnienia jej posiadania, wydaje się być najłaskawiej przez nią przyjmowane.” (str. 184)

„…psychika zepsutego dziecka objawia się prawie wyłącznie u ludzi, którzy porzucili naturę (…) mieszkaniec wsi posiada w wyższym stopniu filozoficzną rezygnację wobec porządku rzeczy. Mniej jest poruszony cyklem narodzin i śmierci (…) Jest lepiej zintegrowany niż jego miejski kuzyn, ponieważ ma wystarczającą pobożność, aby przyjąć rzeczywistość (…) Kompletna akceptacja natury i kompletne jej odrzucenie okazują się w równym stopniu zgubne.” (str. 185)

„Druga forma pobożności akceptuje substancję innych bytów. (…) ludzie kulturalni i wrażliwi intelektualnie chętniej przyznają innym prawo do sposobu życia różnego od ich własnego. (…) Wiedza dyscyplinuje egoizm (…) Cnotą wspaniałej tradycji rycerstwa było to, że akceptowało ono prawo do istnienia nie tylko niższym od siebie, ale nawet wrogom. (…) Nie widzę żadnych oznak, aby dzisiejsi gorliwi apostołowie zrozumienia międzyludzkiego widzieli związek między tolerancją a pobożnością.” (str. 186)

„Trzecia forma pobożności nadaje przeszłości rangę substancji. (…) Zatrzymajmy się (…), aby sobie przypomnieć, iż jako stworzenia rozumne posiadamy tylko przeszłość. (…) W interesie naszej wiedzy mamy wszelkie powody, aby pamiętać przeszłość jak najpełniej i aby uświadomić sobie, iż jej ciągłe trwanie w umyśle jest – w pozytywnym znaczeniu – determinantą działań teraźniejszych. Słusznie powiedziano, że największym problemem dotyczącym obecnego pokolenia jest to, że nie czyta ono protokołów z poprzedniego zebrania. Większość współczesnych wydaje się mieć odrazę do przeszłości i pragnie odmówić jej istnienia z dwu powodów naraz: 1. czują się zakłopotani i 2. czują się przez nią powstrzymywani. (…) Świadomość istnienia przeszłości stanowi antidotum zarówno przeciw egoizmowi, jak i powierzchownemu optymizmowi.” (str. 186-187)

„…pragnę zająć się jeszcze innymi forami niepobożności, które działają jako siły dezintegrujące. Przytoczę przykład (…) – głupi i destrukcyjny pogląd o >>równości<< płci. (…) Niech człowiek nie miesza tego, co Bóg uczynił różnym! (…) Pęd ku równouprawnieniu tak oślepił ludzi w ciągu ostatnich stu lat, że czyniono wszystko, by wymazać rozbieżności w roli, zachowaniu i ubraniu. (…) Dlatego czyniono wysiłki, aby zmaskulinizować kobiety. (…) Dzisiaj, oprócz utraconego pokolenia, mamy żałosną, utraconą płeć. (…) U podstaw opisanego zamętu leży (…) niepobożność wobec natury. (…) Kobieta coraz śmielej wchodzi w świat jako ekonomicznie >>równa<< rywalka mężczyzny (jeszcze raz równość niszczy braterstwo). (…) Tak więc tłumy kobiet wtargnęły do przemysłu i biznesu, (…) nie widząc w swej pracy żadnego ideału. I w rzeczywistości nie są traktowane jak równe; zrobiono z nich ofiary (…) oszustwa. Zabrane ze swej naturalnej sfery, gdzie są istotami wyższymi, skazane zostały na błądzenie między dwoma światami. (…) Anormalność całej tej sytuacji polega na tym, że same kobiety nie są zainteresowane naprawą tego błędu.” (str. 188-189)

„Rozważmy teraz kolejną formę niepobożności wobec ludzi, którą najogólniej nazywa się nieposzanowaniem indywidualności. (…) Stosowniejszym wyrazem byłaby >>osoba<<, gdyż zawiera się w nim nieredukowalny charakter każdego człowieka, nie wykluczający jednak idei wspólnoty. (…) Osoba (…) jest owym małym prywatnym obszarem >>ja<<, w którym człowiek jest świadom swego powiązania zarówno z transcendencją, jak i z żyjącą wspólnotą. (…) racjonalizm i maszyna z całą mocą występują przeciw idei osoby. (…) każda osoba jest początkiem rozróżnienia (…) Pogarda, z jaką współczesne dyktatury i systemy biurokratyczne odrzucają różnice i rozbieżności zdań, jest jedynie brutalnym aspektem tego samego zjawiska.” (str. 191)

„…wołanie o pobożność ma na celu jedynie to, abyśmy przyznali prawo do samostanowienia o substancji innych bytów. Jeśli ten drobny warunek nie zostanie spełniony, mówienie o tolerancji na większą skalę jest bezużyteczne.” (str. 192)

„…w słowniku współczesności słowo >>pobożny<< stanowi zarzut lub powód do śmieszności. (…) Współczesność propaguje postawę (…) buntowniczą, a bunt – jak nam przypomina opowieść o upadku pierwszych rodziców – rodzi się z pychy. Pycha i niecierpliwość – oto składniki tej hańby, która odrzuca substancję, ponieważ stanowi ona przeszkodę. Stąd wojna przeciw naturze, przeciwko innym ludziom, przeciwko przeszłości. Dla współczesnego człowieka nie ma żadnej Opatrzności, ponieważ Jej uznanie wymaga uznania mądrości wyższej od ludzkiej oraz uznania łączności między środkami i celami… (…) Pycha człowieka objawia się w jego niecierpliwości, która jest niczym innym, jak niechęcią do znoszenia bólu podporządkowania.” (str. 192-193)

„Kiedy prosimy współczesnego człowieka o zaakceptowanie substancji natury i historii, prosimy go w pewien sposób o zmężnienie. Nie wolno mu – jak dziecku – oczekiwać za darmo wszystkich przyjemności; nie wolno mu – jak źle wykształconemu dorosłemu – oczekiwać, że wszystkie paradoksy zostaną dlań rozwiązane. (…) kiedy nauczy się, że jest stworzeniem, które nie do końca pojmuje swoje istnienie, można mieć nadzieję, iż z ostrożnością będzie dobierał skuteczne środki.” (str. 193-194)

„…powracamy po raz ostatni do problemu (…) poszukiwania prawdziwej wiedzy. Skoro bezmyślność została de facto zinstytucjonalizowana, jakże możemy doprowadzić człowieka do pełnej świadomości? (…) [Człowiek] nie potrafi już znaleźć dla siebie lekarstwa, gdyż wydaje mu się, że potrzebuje raczej większej dawki trucizny. (…) można by powiedzieć, że cel moralny  jest zakłócony przez bliskość wielkich materialnych środków, podobnie jak promienie światła zakrzywiane są przez materię. (…) I tak współcześni reformatorzy zwalczają rozrzedzenie rozrzedzeniem, rozproszenie – jeszcze większym rozproszeniem. Teraz (…) przed chaosem chronią świat tylko pewne wzorce, źle zrozumiane, ocalałe tylko dzięki sile inercji. Kiedy i one znikną, i kiedy zabraknie nam nawet przypadkowej podstawy dla jedności, już nic nas nie będzie dzielić od czasów V wieku naszej ery.” (str. 194)

„…musimy postawić pytanie, czy współczesna cywilizacja chce przetrwać. Można zauważyć oznaki odruchów samobójczych (…) przywołam [religię] (…), aby opisać najpotężniejszą siłę oparcia w życiu, które bez niej jest >>samotne, nędzne, nieznośne, brutalne i krótkie<<. (…) utrata wiary prowadzi do jakiejś formy zgorzknienia. (…) Zgorzknienie zawsze pobudza do samozniszczenia. Kiedy staje się jasne, że nagrody świata nie równoważą cierpienia, i kiedy nie istnieje możliwość innej nagrody, prosty rachunek wymaga skończenia ze wszystkim. Jak zatem sprawić, aby ludzie nie czuli się rozpaczliwie oszukani? Czy pragną dziś podtrzymać swe życie, czy też chcą zniszczyć świat? (…) Przypuśćmy, że ludzie jednak pragną żyć (…) Musimy, więc, zadać pytanie, czy są gotowi zapłacić za to pewną cenę. Możliwe jest, bowiem, że ich stosunek do życia wspólnego podobny jest ich stosunkowi do pokoju: pragną go, ale nie za cenę wyrzeczenia się tego czy tamtego, co nauczyli się uznawać za osnowę i wątek swej egzystencji.” (str. 195)

„…musimy poinformować rzesze [ludzi], iż odnowa wymaga wyrzeczeń. (…) Musimy ich zapytać [:] Czy są przygotowani na to, iż wygoda może być pokusą i że fetysz materialnego dobrobytu musi być usunięty, by dać miejsce surowszemu ideałowi? Czy widzą konieczność zaakceptowania obowiązków, zanim zaczną mówić o prawach? Będą to bardzo trudne decyzje, ponieważ wymagają głębokiej zmiany myślenia. Może się nawet zdarzyć, że degeneracja postąpiła tak daleko, iż nie ma sposobu na powtórne zaszczepienie ideałów. Wiemy, jak często się tak zdarza w jednostkowych przypadkach. Jednak obowiązkiem tych, którzy potrafią przewidzieć koniec owych saturnaliów, jest wygłoszenie swoich rad. (…) Jeśli myśliciele naszych czasów nie potrafią na tyle ujarzmić wyobraźni świata, aby doprowadzić do głębokiej przemiany, będą musieli sczeznąć razem z nim.” (str. 196)

„Możliwe, że czeka nas jakaś wielka zmiana, że grzechy ojców spadną na pokolenia, aż ludzie przekonają się o rzeczywistym istnieniu zła i nadejdzie jakaś żarliwa reakcja (…) Jeśli taka jest największa nadzieja, na jaką możemy liczyć, niech cząstka tego zmartwychwstania zostanie przygotowana przez dzieła myśli i woli w naszym zmierzchającym dniu Zachodu.