REWOLUCJA PRACY (104): Praca, bezrobocie i gry pomiędzy

REWOLUCJA PRACY (104): Praca, bezrobocie i gry pomiędzy

Czym jest bezrobocie? Od jego definicji może zależeć nasz stosunek do tego zjawiska. Jeżeli bezrobocie to proszenie o zasiłek od państwa, czyli od nas, podatników, to jest to coś niedobrego – nie chcę żyć na czyjś koszt i nie chcę, aby ktoś żył na mój koszt. Jeżeli bezrobocie to brak umowy o pracę – to jest to coś dobrego, bo człowiek przestaje być „siłą roboczą” i niewolnikiem etatu. Jeżeli bezrobocie to stan długotrwałego braku zajęcia i przychodów, to jest to coś niedobrego, bo grozi wykluczeniem, biedą, degradacją społeczną. Ale jeżeli bezrobocie to brak trwałego zajęcia zarobkowego w sytuacji względnej niezależności finansowej i realizowaniu swoich pasji, marzeń i celów, to jest to bardzo pożądane zjawisko, które pozwala tworzyć artystom, działać społecznikom, badać naukowcom, odkrywać podróżnikom itd.

Czy bezrobocie jest dobre czy złe? Nie wiem, bo to zależy od przyjętej definicji.

Wiem, że XIX-wieczny, bismarckowski model państwa opiekuńczego, w którym państwo wszystkich kontroluje i zatrudnia do „swoich” celów jest przeżytkiem, że etat jest instytucją kompletnie przestarzałą, że marzy mi się społeczeństwo obywatelskie, które samo się oddolnie organizuje i dba o swoją samowystarczalność lokalną, o swoje wspólnotowe interesy – organizuje się w takie formy, które nie dzielą go na klasę „panów” (kapitalistów, właścicieli czy jak ich tam nazwiemy) oraz klasę „pracowników najemnych (nowoczesnych niewolników) – w spółdzielnie, kooperatywy, stowarzyszenia, gniazda, związki przedsiębiorców itd.

Wiem też, że tzw. zwalczanie bezrobocia przez państwo to fikcja, to pozorne działania, które z jednej strony spełniają populistycznie rolę propagandową (jakoby to państwo tak się martwiło o naszą pracę i nam pomagało), z drugiej generują ogromne koszty aparatu urzędniczego (funkcjonowanie kilkuset urzędów pracy – same biura, płace, telefony itp. – to rząd wielkości miliarda złotych rocznie, a gdy dodamy jeszcze tzw. programy i akcje informacyjne, szkoleniowe, propagandowe tych struktur, to łącznie będzie tego kilka miliardów). Co z tego wynika? Niewiele. Według mnie zlikwidowanie tych struktur byłoby tylko ozdrowieńcze dla państwa, a część ich zadań mogą przejąć gminne wydziały działalności gospodarczej.

Długofalowo chodzi o to, by nauczyć ludzi odpowiedzialności za siebie. W tym celu trzeba im dać wolność, stworzyć odpowiednie, wspierające ramy oraz dać narzędzia – przysłowiową wędkę a nie rybkę. Jest to sprawdzona metoda, która działa zawsze, ale musi być realizowana w dłuższym horyzoncie czasowym – jak wychowanie dziecka.

Czy praca to prawo czy luksus? To według mnie źle postawione pytanie – możnowładcy świata chcieliby, abyśmy się prosili o pracę, a jej dostanie było nagrodą za posłuszeństwo. Praca to przede wszystkim powinna być potrzeba człowieka – i ta praktyczna, która pozwoli zaspokoić głód i inne potrzeby człowieka, ale i ta społeczna – tworzenia wspólnie z innymi coraz lepszej i piękniejszej przestrzeni do życia – przestrzeni lokalnej, miejscowej – począwszy od pieczenia chleba, przez edukację, sport aż po ładne parki, klomby z kwiatami, koncerty.

Czy pracy brakuje, czy jej nie ma dla części ludzi? Bzdura. Zawsze jest coś do zrobienia, zawsze można rozwijać miejscowość, kraj, infrastrukturę, kulturę itd. To jacyś obcy z daleka wmawiają nam, że nie ma pracy, straszą nas „bezrobociem”, podczas, gdy to my jesteśmy „solą ziemi” i wytwarzamy to, co nam potrzeba. Ktoś nam zabiera owoce tej naszej pracy. Czyż nie jest – przykładowo – paranoją, że wieś, która zbiera zboże i wytwarza mąkę, kupuje chleb z miasta od jakiejś obcej sieci handlowej? Takie przykłady można by mnożyć.

Oczywiście, zawsze będzie tak, że część z nas jest mniej zaradna i przedsiębiorcza, że część społeczności będzie żyć biedniej. Państwo wspiera ich zasiłkami, bo boi się niepokojów społecznych i rozruchów, ale nie daje im wędki.

Pięknie jest to pokazane w serialu „Ranczo”, jak współpraca lokalna popłaca, jak ludzie potrafią niemal z niczego zrobić dobrze prosperujący biznes – czy to będzie produkcja pierogów, sera, czy cokolwiek innego, co odpowiada na lokalne potrzeby.

W ostatecznym rachunku chodzi o współdziałanie ludzi i obieg pieniędzy. Zbyt dużo tych pieniędzy ucieka do korporacji międzynarodowych i – w formie podatków – do decydentów politycznych gdzieś daleko. Co się z tymi pieniędzmi dzieje? Poza marnotrawieniem ich części przez polityków i rozkradaniem przez rozmaite „grupy interesu”, państwo występuje w roli „dobrego wujka”, który przydziela pieniądze tzw. bezrobotnym, by mieli za co żyć. Czy właściwe osoby dostają tę pomoc, to inna sprawa.

To przekierowanie strumienia pieniędzy może się odbywać w rozmaitych formach:

  1. Tworzenie miejsc zatrudnienia (ukryte bezrobocie; niech ludzie sami sobie tworzą swoje „miejsce pracy”)
  2. Zasiłki dla bezrobotnych („socjal”, który nieiwele załatwia, a niektórych demoralizuje)
  3. Renty itp.(mamy w Polsce kilkakrotnie za dużo rencistów)
  4. Jałmużna / filantropia (poprzez ulgi podatkowe, to dawanie ryby zamiast wędki)
  5. Pomoc w budowaniu przedsiębiorczości (jest, ale mało efektywne; jak urzędnicy, którzy sami nigdy nie prowadzili firmy, mają w tym pomóc???)
  6. Prace publiczne (nie słychać nic o tym, a szkoda)
  7. Szkolenia, edukacja, przekwalifikowanie (podobnie jak punkt 5)

Problem w proporcjach. Według mnie główna „para” powinna iść w ostatnie trzy formy pomocy, co jest zbieżne z postulatem sformułowanym wyżej: budowania społeczeństwa obywatelskiego poprzez oddolne i lokalne organizowanie się. Do tego musi dojść jeszcze jedno: wyzwolenie pracy i zdjęcie z pracy podatków.

Wierzę, że doczekamy czasów, gdy bezrobocie zniknie jako propagandowy straszak i jako wykluczenie społeczne. Wierzę, że dożyjemy świata, w którym nie będzie podziału na „właścicieli, wyzyskiwaczy i spekulantów” żonglujących praca i bezrobociem z jednej strony oraz „najemną siłę roboczą” obawiającą się braku pracy z drugiej strony.