REWOLUCJA PRACY (106): Praca a tzw. dochód narodowy

REWOLUCJA PRACY (106): Praca a tzw. dochód narodowy

Jak już pisałem, to praca jest źródłem rozwoju, dobrobytu, zadowolenia ludzi – a nie kapitał martwy, czyli pieniądz i maszyny. Idąc dalej, trzeba konsekwentnie stwierdzić, że praca generuje dochód narodowy, a nie operacje finansowe, spekulacje, obroty giełdowe, wirtualne.

Tymczasem ustanowione przez strażników dominacji kapitału martwego nad pracą wskaźniki i sposoby pomiaru zaprzeczają lub wykoślawiają tę oczywistą prawdę.

Czym jest dochód narodowy? 
Wg Wikipedii to „suma dochodów wszystkich obywateli oraz osób prawnych z siedzibą w danym kraju, uzyskanych z wykorzystania czynników produkcji (ziemia, praca, kapitał), równa całkowitej wartości wytworzonych dóbr i usług, pomniejszona o koszty amortyzacji (czyli koszty zużycia czynników produkcyjnych)”.

Kluczowe jest tu słowo „dochód”. Gdy prowadzę firmę i dostanę coś za darmo, urzędy skarbowe interpretują to jako korzyść (ukryty dochód) i chcą, abym od tego zapłacił podatek. Zatem, jeżeli w powyższej definicji zamienimy słowo „dochód” (kojarzone z pieniędzmi, tzn. z zapłatą) na słowo „korzyść”, będzie to już definicja dużo bliższa naszym oczekiwaniom – tyle, że trzeba tę korzyść zwymiarować, określić jej wartość.

Co się powinno liczyć jako wkład w dochód narodowy? Realna praca: dostarczenie konkretnych, namacalnych produktów i usług ludziom, bez względu na to, czy to jest płatne czy nie. Przy takim postawieniu sprawy do dochodu narodowego zaliczać się będzie praca matki pielęgnującej i karmiącej noworodka, opieka ojca nad niemowlakiem, działania wielu organizacji, stowarzyszeń, fundacji itp., społeczna praca dyrygenta i zespołu osiedlowego dającego koncerty, praca radnych, drużynowego harcerskiego i trenera podwórkowej drużyny piłkarskiej itp.

Już słyszę lament wielu ekonomistów i urzędników, że tego nie da się obliczyć, zwymiarować, porównać. Otóż w ich systemie i pojmowaniu rzeczywistości – może faktycznie to się nie da. Jednak w ogóle da się, tyle, że trzeba zmienić podejście, systemy statystyczne, sprawozdawczość i świadomość społeczną. To fakt – to jest duża praca i wyzwanie. Tymczasem istnieją już przecież systemy rozliczania pracy wolontariuszy, prawda? Jak się chce, to sposób się znajdzie.

Ale – zapyta ktoś – po co to wszystko? A po to, by docenić wszelką pracę ludzką, wyzwolić ją z żelaznego i często nieludzkiego u(ś)cisku kapitału martwego, by uzmysłowić nam wszystkim, jak bardzo można być zadowolonym, spełnionym i wystarczająco zaopatrzonym w sytuacji, gdy prymat ma praca, ceni się pracę, wysiłek i zaangażowanie oraz prawdziwe wartości. Wtedy na pierwszy plan wychodzą potrzeby, wspólnota, dobro wspólne, wzajemna pomoc i solidarność – a nie zyski, obroty na papierze i tzw. wzrost gospodarczy.

Dzisiejsze liczenie PKB, dochodu narodowego i „rozwoju” urąga dojrzałemu – wspólnotowemu, chrześcijańskiemu, ekologicznemu, dodajcie, co tu jeszcze chcecie – po prostu odpowiedzialnemu podejściu do życia, biznesu, ekonomii i naszej planety.

Pojawiają się nowe, bardziej humanistyczne, wskaźniki określające poziom, rozwój, sytuację danego kraju czy społeczeństwa. Przyczółki istnieją. Ważne, by zaprzestać „uprawiać” dwie rzeczy przeczące temu, o czym piszę:

- filozofię ciągłego (zrównoważonego czy niezrównoważonego, obojętne) wzrostu

- wirtualną gospodarkę, opartą o „papier” i spekulacyjne ruchy pieniądza, która nie zaspokaja żadnych realnych potrzeb ludzi i społeczeństw.

Marzę, by wskaźniki typu „dochód narodowy” dawały mi informację o tym, co i w jakim stopniu naród (społeczeństwo danego kraju, np. Polski) wypracował, co „doszło” do jego materialnych i niematerialnych „aktywów” w postaci dzieł kultury, budowli, wiedzy, tkanki społecznej (kluby, stowarzyszenia, organizacje, fundacje, szkoły, wspólnoty mieszkańców itd.), koncertów, festiwali, konkursów, podróży, wypraw wakacyjnych, oprogramowania, innowacji, odkryć, zdrowia, czystszego środowiska, parków, nowych technologii, bezpieczeństwa, infrastruktury itd.

To jest inna filozofia niż obecnie panująca, wiem. Ale jej realizacja prędzej czy później nadejdzie – to konieczność dziejowa i cywilizacyjna. Ostatecznie liczy się dobro, szczęście, zdrowie, radość, miłość, przyjaźń i piękno. A nie zysk, wzrost, walka, wyścig szczurów, pozycja w hierarchii.

Czy dorośliśmy już do takiej zmiany?

Jej moment nadchodzi…