REWOLUCJA PRACY (112): Praca a prawa człowieka

REWOLUCJA PRACY (112): Praca a prawa człowieka

Przeczytałem trochę twórczości pewnej apologetki kapitalizmu leseferystycznego. Nie będę oczywiście uprawiał tu zasadniczej krytyki jej poglądów, ponieważ są one przestarzałe, sprzed ponad pół wieku, porażone doświadczeniami bolszewizmu, stalinizmu, faszyzmu, kolektywizmu. Dziś możemy na to patrzeć z innej perspektywy, a wyraźnie widzimy też błędy kapitalizmu, który tak wtedy – w połowie XX wieku – chwaliła A.Rand. Jednak pokłosie jej filozofii pobrzmiewa do dziś, niszcząc nasz współczesny świat bajkami o „wolnym rynku”, na którym rekiny spekulacji niszczą wszystko, co dostaną w swoje szpony.

Jest jednak jeden aspekt, który warto omówić i pokazać błędy w myśleniu – praca w kontekście praw człowieka. Otóż ostatnie dziesięciolecia XX wieku upływały pod hasłami „praw człowieka”, które tzw. Zachód wykorzystywał skrzętnie do mieszania się w sprawy różnych państw, sam skrycie gwałcąc owe prawa.

Czym są prawa człowieka? Do czego człowiek ma prawo z samego faktu bycia człowiekiem? Przede wszystkim ma prawo do życia, więcej – do życia według własnego uznania i własnej woli. Z tego prawa wynikają dalsze, bo życie wymaga podtrzymania i przestrzeni – duchowej, fizycznej, wymaga wolności. „Prawo do życia jest źródłem wszystkich innych praw…” – pisze Rand. I dalej twierdzi: „…a prawo własności tylko je urzeczywistnia. Bez prawa własności nie są możliwe żadne inne prawa. Ponieważ człowiek musi się utrzymać przy życiu własnym wysiłkiem, ten, kto nie ma prawa własności do efektów swego wysiłku, nie ma też prawa do utrzymania się przy życiu. Człowiek, który produkuje, ale jego produktem dysponuje ktoś inny, jest niewolnikiem. (…) Jeśli na ziemi ma żyć człowiek, ma prawo korzystać ze swego umysłu, ma prawo działać na podstawie własnego osądu, ma prawo pracą wytwarzać wartości i ma prawo zachować wytwór swej pracy”. I do tego miejsca jest moja zgoda.

Jest jednak jedno istotne zastrzeżenie: ja te słowa, zacytowane wyżej, rozciągam na wszystkich ludzi produkujących, wytwarzających jakiekolwiek dobra: pracowników, przedsiębiorców, inwestorów. Nie ma tego w wywodach pani Rand. Pisze ona: „Istnieją dwaj potencjalni gwałciciele tych praw: przestępcy i państwo.” Otóż z dzisiejszej perspektywy widać wyraźnie, że są jeszcze dwie dalsze kategorie: spekulanci i właściciele przedsiębiorstw (często określani kapitalistami), którzy w majestacie prawa pozbawiają innych ludzi ich „wytworów swojej pracy”.

Rand albo nie dostrzegała, albo udawała, że nie ma tych dwóch kategorii – przecież już w okresie międzywojennym, gdy giełdy szalały, widać je było dość wyraźnie. Rand stosuje podwójną miarkę – wobec przemysłowców („kapitalistów”) dba o ich wolność, nienaruszalność ich praw i własności, ale wobec inżynierów, projektantów, wynalazców i wielu innych pracowników, którzy są współautorami sukcesu przedsiębiorstwa, milczy, jakby im się prawa do swojego udziału w „wytworach swojej pracy” nie należały. Widzi sprawę zero-jedynkowo: albo totalna wolność przedsiębiorcy do wykorzystywania innych ludzi, albo kolektywistyczne niszczenie praw jednostki.

Mimo, że zgadzam się z Rand, iż centralne rozdawnictwo i odgórny kolektywizm są złe, mimo, że pisze ona: „Jeśli jedni ludzie z mocy prawa mogą się domagać efektów pracy innych ludzi, ci ostatni pozbawieni są praw, a więc zniewoleni”, widać wyraźnie, że zapomina o pracownikach najemnych, którzy inwestują swój czas, intelekt, inwencję, wysiłek, zdrowie, by współ-wytworzyć „wytwory swojej pracy”. I nie mają z tego nic poza marną pensją.

Nie chodzi o niszczenie tzw. kapitalistów, o zabieranie komuś czegoś, o rewolucję. Chodzi o zrównanie ludzi w prawach, tak jak kiedyś walczono o prawa czarnoskórych, o prawa kobiet, o prawa ludzi innych wyznań czy narodowości. Dziś staje na porządku całego świata kwestia praw każdego człowieka do „wytworów swojej pracy”, o czym piszę w wielu poprzednich tekstach niniejszego cyklu, kwestia emancypacji pracowników i zrównania ich w prawach do własności i współdecydowania.

Nie zgadzam się z Rand, że „prywatni obywatele nie stanowią zagrożenia dla niczyich praw czy wolności”. Otóż może stanowić, co pokazują rozmaite przykłady spekulantów, lichwiarzy i im podobnych.

Dzisiejsza oligarchizacja życia politycznego i ekonomicznego to sprzymierzenie rządzących i owych prywatnych banksterów, spekulantów i lichwiarzy, aby z większości ludzi wyssać, co się da – ich siły, pracę, pieniądze i własność. Nie ma tu żadnej równości praw, bo wbito społeczeństwom do głowy fałszywy aksjomat, reprezentowany wyraźnie też przez panią Rand, że prawa do „wytworów swojej pracy” należą się tylko nielicznym, czyli właścicielom kapitału finansowego i produkcyjnego, a nie należą się właścicielom kapitału pracy i inwencji twórczej. Ci drudzy mają pracować na tych pierwszych, gwałcąc zasadę, którą tak dumnie na początku nakreśliła pani Rand: „Człowiek, który produkuje, ale jego produktem dysponuje ktoś inny, jest niewolnikiem. (…) Nie może być czegoś takiego jak >prawo do zniewolenia<.”

A zatem trzeba zrównać nasze prawa, czyli wprowadzić system podziału owoców pracy między wszystkich, którzy te owoce wytworzyli.