REWOLUCJA PRACY (80): Praca, bezrobocie i wyprzedaż majątku narodowego

REWOLUCJA PRACY (80): Praca, bezrobocie i wyprzedaż majątku narodowego

Wielokrotnie pisałem, mówiłem i będę głosił, że praca ma pierwszeństwo przed kapitałem. To jest aksjomatyczny punkty wyjściowy i prawda podstawowa. Nie wierzysz? Przeprowadzę dowód:

Stań na polu lub na hali fabrycznej i wyciągnij złotą monetę – ani się nią nie najesz, ani ogrzejesz, ani odziejesz. A jeśli kapitał finansowy zamienisz na inną formę kapitału – ziemię czy maszyny, nadal będziesz w podobnej sytuacji.

A teraz wyobraź sobie, że nie masz żadnego kapitału, ale bierzesz się do pracy, najpierw sam, a potem razem z innymi. W wyniku wykonanej pracy masz i co przyodziać, i co zjeść, i gdzie się schronić i ogrzać. To praca jest gwarantem dobrobytu, zadowolenia, realizacji marzeń – nie martwy kapitał.

Zakładam, że się zgodziłeś, ponieważ ta logika jest nieubłagana i przede wszystkim – życiowa.

Jest jednak pewna zależność pomiędzy pracą i owym kapitałem martwym. Jeżeli mam zasoby kapitału martwego – maszyny, urządzenia, budynki, kopalnie, drogi itd., moja praca da większe rezultaty, będzie szybsza, efektywniejsza, na wyższym poziomie technologicznym.

Mamy tu do czynienia ze swoistą „spiralą pracy i kapitału”, które – jeżeli zgodnie i uczciwie, tzn. bez wyzysku, ze sobą współpracują – napędzają się wzajemnie i wzmacniają.

Dlatego w międzynarodowej konkurencji, w dziele budowania podmiotowości społeczeństwa i silnego, niepodległego państwa, potrzebne są owe zasoby majątku narodowego, aby nasza praca dawała wystarczająco mocny efekt – inaczej będziemy marionetką w rękach innych państw.

Oczywiście, posiadanie tego majątku, owej bazy dla pracy, daje także miejsca pracy, a zatem pomaga ludziom realizować się zawodowo i likwidować bezrobocie.

Tymczasem bezrobocie utrzymuje się wciąż na bardzo wysokim poziomie, mimo „wzrostów PKB” i tym podobnych meldunków urzędowych. Dlaczego tak się dzieje? Może komuś właśnie o to chodzi, aby Polacy obawiali się utraty pracy, byli zajęci ciągłym jej szukaniem, byli bezrobotni i przez to ubodzy? Może ktoś chce, aby Polska była gospodarczo słaba, aby jej „spirala pracy i kapitału” dryfowała, a nie rozkręcała się dynamicznie, by Polska gospodarka nie stanowiła konkurencji? Tym bardziej, że Polacy w swojej historii pokazali niejednokrotnie, jakim są ambitnym, żywotnym, kreatywnym i przedsiębiorczym narodem…

A jeżeli by tak było, to z tej perspektywy całkiem logiczne staje się rozmontowywanie polskiego przemysłu, pozbawianie nas tej „bazy pracy”, wyprzedaż przedsiębiorstw, także – kuriozalnie – dochodowych, przez państwo, przejmowanie ich przez obce koncerny, albo doprowadzanie do upadłości.

Prof. Jerzy Żyżyński przywołuje w jednym ze swoich tekstów proces prywatyzacji spółki „Meble Emilia” ukazujący przykład mechanizmu wzrostu bezrobocia i „ogólnej degradacji ekonomicznej Polski”.

Prof. Żyżyński pisze: [Przedsiębiorstwo Meble Emilia] „działało bardzo dobrze, z różnymi, co prawda, wahnięciami zależnymi od koniunktury na rynku meblowym (…). Ale firma miała jeden feler: była właścicielem bardzo atrakcyjnych działek w Warszawie i okolicach, na przykład centrum Warszawy, na Służewcu, czy w Piasecznie. Powstał więc pomysł prywatyzacji. No, ale musi być pretekst, powód uzasadniający wyprzedaż firmy, musi się wykazać słabymi wynikami ekonomicznymi, by trzeba rozłożyć ręce, pokiwać ze smutkiem głową, że „Przykro nam, ale musimy ratować miejsca pracy, niezbędny zastrzyk kapitału inwestora strategicznego” … to taki osobliwy, niezbyt mądry koncept wynaleziony prawie ćwierć wieku temu, by uzasadnić wyprzedaż polskich przedsiębiorstw nabywcom zagranicznym. Stare żydowskie powiedzenie mówi, że „lepsze 2 cm handlu niż metr jakiejkolwiek innej roboty”, ale w resztkach Emilii, jakie pozostały na Jagiellońskiej, natknąłem się na, jak mi się wydaje, dowód na to, jak te dwa centymetry najlepszej na świecie roboty można świadomie zmarnować (w 2011r. Meble Emilia zanotowała stratę przy jednoczesnym dużym spadku sprzedaży.). Oto ile może kosztować komplet meblowy składający się z kanapy, fotela obitych materiałem plus niewielki szklany stolik, gdy porządna kanapa obita skórą to około 3 tys. zł? Nikt nie zgadł: tu się żąda 12400 zł – wyznaczając absurdalne ceny można każdą firmę handlową doprowadzić do upadku, by tanio sprzedać tereny, na jakich ona działa.

I w rywalizacji o względy urzędników Ministerstwa Skarbu decydujących o sprzedaży Emilii wygrała tajemnicza firma z Luksemburga, Griffin – nie, nie handlu ani produkcji mebli, firma Real Estate, czyli handlu nieruchomościami. To jest fatum polskiej prywatyzacji. Jako tako funkcjonujące polskie przedsiębiorstwa przejmują firmy zainteresowane wyłącznie działkami, na których są one zlokalizowane. Niechby wzięli sobie lokalizację na Emilii Plater, dobry punkt, można postawić kolejny biurowiec albo siedzibę banku. Ale po co było likwidować wielki skład meblowy na Służewcu, czy pozbawiać dobrego sklepu meblowego podwarszawskie Piaseczno? Tu chyba wychodzą nietęgie kwalifikacje biznesowe.

Ale wiele przedsiębiorstw było przejmowanych tylko po to, by dysponować ich terenami. To jest gorsze niż wojna. Po wojnie, nawet jeśli bombardowania zniszczyły fabryki, zginęli ludzie, to pozostawały tereny, a ci, którzy przeżyli odbudowywali przemysł – to przemysł jest zawsze podstawą siły gospodarczej każdego kraju. Gdy nieudolną polityką pieniężną i gospodarczą doprowadzi się przedsiębiorstwa do upadku i przejmą je nabywcy, którzy na krótko zasilą przychody budżetu, ale potem produkcję zamkną i wyprzedadzą tereny deweloperom, to gospodarka traci korzenie i szanse na dalszy rozwój… (…)

Gdy chciałem wjechać na teren składu Mebli Emilia na Służewcu, szlaban otworzył mi mężczyzna w średnim wieku. – Pan dokąd? – Meble chciałem obejrzeć. – Eee, panie, tam już nie ma żadnych mebli, przejęli i zamknęli dwa miesiące temu. Ja tam pracowałem, a teraz podnoszę szlaban za 4 zł na godzinę. I tak mi się udało, bo jakieś zajęcie jest, ale pozostali poszli na bezrobocie.

I tak oto rośnie bezrobocie.”