REWOLUCJA PRACY (85): Wspólnotowe formy pracy kontra socjalizm

REWOLUCJA PRACY (85): Wspólnotowe formy pracy kontra socjalizm

Nierzadko słyszę pytania, czy dobro wspólne, wspólnotowe formy pracy i gospodarowania, podział owoców pracy między wszystkich nad tymi owocami pracujących – czy to nie powrót do socjalizmu i komunizmu. Dlatego trzeba fundamentalnego rozjaśnienia tego zagadnienia.

Oczywiście, dobrze byłoby zacząć od definicji, jednak z definicjami „oficjalnymi” jest problem, ponieważ są często „ideologiczne” i nie do końca wyjaśniają sprawę.

Najpierw rozważmy warstwę słowną: wspólnota, communio, społeczność, solidarność, społeczna wrażliwość, wzajemna pomoc, współdziałanie – to wszystko są pojęcia z określonego nurtu kulturowego, duchowego, cywilizacyjnego; wszystkie są pozytywne, budujące, obrazujące zbliżenie ludzi i ich działanie razem na rzecz wspólnego dobra. W tej warstwie nie dziwi, zatem, że tak dużo ludzi dało się nabrać na lep socjalizmów i komunizmu.

W warstwie towarowo-pieniężnej socjalizm czy komunizm niewiele się różni od kapitalizmu, bo tu i tu mamy do czynienia z kapitałem inwestowanym w gospodarkę, z pracą najemną i rachunkiem ekonomicznym, który prowadzi do wyzysku człowieka, z nierównomiernym podziałem dóbr, koncentracją kapitału i władzy. Różnica polega na tym, kto steruje i bogaci się: w tzw. kapitalizmie są to prywatni właściciele korporacji, w tzw. komunizmie są to dygnitarze państwowi (partyjni). Różnice są także w warstwie słowno-symbolicznej, wiele rzeczy inaczej się nazywa, ale istota sprawy jest taka sama: koncentracja (kapitału i władzy), najemnictwo i wyzysk szerokich rzesz obywateli, propaganda i kontrola mediów, kontrola pieniądza i dowolne (nieuzasadnione ekonomicznie i często bezprawne) nim manipulowanie.

Za czasów PRL-u krążył pewien dowcip-pytanie. „Czym różni się kapitalizm od komunizmu? No tym, że w kapitalizmie jest wyzysk człowieka przez człowieka, a w komunizmie jest dokładnie odwrotnie.” Ten, kto skonstruował ten „dowcip”, musiał być mądrym człowiekiem.

W warstwie teorii ekonomicznych mamy już całkowite zamieszanie i bełkot, których rozmiary można zmierzyć milionami tomów książek i podręczników ekonomii politycznej i podobnych. Jest to temat na odrębne, bardzo obszerne opracowanie, zatem go tu pominę.

Na koniec warstwa zdecydowanie najważniejsza, a mianowicie – praktyczna, ludzka, życia codziennego. O co chodzi we wspólnocie? Przypominam, że niejedna z potężnych organizacji ostatnich 100 lat na świecie głosiła potrzebę budowania wspólnot, wspólnoty wspólnot itp.

Otóż we wspólnocie życia codziennego chodzi o synergię, pomaganie sobie, tworzenie struktur i rozwiązań systemowych służących wszystkim członkom wspólnoty, o uczciwość, zaufanie, solidarność, wspólne użytkowanie dóbr (lasów, pastwisk, wód, dróg, maszyn itd.).

Wspólnota jest naturalna, dobrowolna, oddolna, namacalna. Nic na siłę, nic odgórnie. Wolność bycia razem i wolność gospodarowania. Wspólnota także posługuje się podziałem pracy, współpracuje z innymi wspólnotami, sama jest członkiem większej wspólnoty, rozlicza się zgodnie z obowiązującym wewnątrz niej i na zewnątrz systemem prawno-finansowym. Jednak istotne jest to, że każdy członek wspólnoty wie, widzi i rozumie, co się w niej dzieje, kto jest kim, jakie panują tam zasady.

Wspólnota kieruje się zasadami. Z jednej strony nie zostawi swojego członka na pastwę losu, gdy mu się coś stanie, zachoruje, straci domostwo, a z drugiej strony nakłada na każdego swojego członka pewne obowiązki – wniesienia wkładu pracy, dzielenia się dobrami, współtworzenia i budowania wspólnoty. Człowiek, który sprzeniewierza się tym zasadom, traci też przywileje członka wspólnoty, jej ochronę i wsparcie. Wspólnota nie będzie na dłuższą metę tolerować lenistwa i wykorzystywania innych, będzie promować pracę i rozwój, ponieważ rozwój każdego członka wspólnoty to wzmocnienie całej wspólnoty. Wspólnota da każdemu wędkę, pokaże, co może zrobić, a nie będzie dawać jałmużny.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. W sferze gospodarczej wspólnota działa na zasadzie samoorganizacji, a równocześnie w zgodzie z rachunkiem ekonomicznym. Buduje swoją siłę jako podmiotu gospodarczego w oparciu o synergię swoich członków, zaspokajając określone potrzeby społeczne i do wewnątrz, i na zewnątrz. Wypracowuje swoją pozycję, majątek, relacje z innymi (kontrahentami, klientami, dostawcami). Każdy członek takiej wspólnotowej organizacji gospodarczej partycypuje w jej ryzykach i sukcesach, w pracy i podziale jej owoców.

Tu nie ma miejsca na jakąkolwiek „opiekuńczość” ze strony państwa, na odgórne sterowanie, na bałagan własnościowy („wszystko jest państwowe czyli niczyje”), na wyzysk przez kapitalistę prywatnego czy państwowego. Dlatego wspólnotowe formy pracy i prowadzenia działalności gospodarczej, zasadzone na opisanych wyżej zasadach, nie mają nic wspólnego z komunizmem i socjalizmem, rozumianymi jako doktryny polityczne XX wieku.

Każdy, kto próbuje przyrównywać wspólnotową działalność gospodarczą (spółdzielni, stowarzyszeń, fundacji, spółek publicznych itd.) do socjalizmu czy komunizmu, jest kłamliwym ideologiem lub niedokształconym ignorantem.

Istotne jest, jak funkcjonuje cały system, jakie są realne przepływy towarowo-pieniężne i jaki wpływ na decyzje mają członkowie organizacji biznesowej (dawniej: pracownicy). O tym jest mowa w wielu częściach niniejszego opracowania „Rewolucja pracy”, które ma pokazać, że jest trzecia droga, jest wyjście z duszącego uścisku kapitalizmu z komunizmem.